suplementy w proszku Vitter opinie

Podajesz suplementy całej rodzinie, a wciąż chorujecie? Znam powód!

Przez długie lata codziennie stosowałam suplementy diety. Najwięcej łykałam ich w okresie jesienno-zimowym, myśląc, że wzmocnią mój organizm i ochronią przed infekcjami. Od roku znacznie zredukowałam ich ilość i zmieniłam rodzaj łykanych witamin i mikroelementów w diecie mojej i mojej rodziny. Efekt? Czujemy się lepiej, a w kieszeniach zostaje dużo więcej pieniędzy. To co jest tak naprawdę nie tak z tymi suplementami?

 

My matki, partnerki mamy to do siebie, że czujemy się mega odpowiedzialne za zdrowie i bezpieczeństwo naszych rodzin. Dlatego reklamy witamin i wszelkich suplementów są skierowane głównie do nas. A więc kupujemy. Na wzmocnienie, na odporność, żeby dzieci miały zdrowe zęby i kości, żeby mąż nie był przemęczony, dla nas na włosy, skórę i paznokcie.

 

Nie mówiąc o wszelkich infekcjach, na które zawsze znajdzie się lek bez recepty, niezależnie od ich rodzaju. Każdy ma w domu coś na grypę, ale nie tylko, bo coraz częściej kupuje się też leki na problemy trawienne, na biegunkę, lub na odwrót – na zatwardzenie, na infekcje intymne, zakażenia dróg moczowych i tak dalej i dalej. Wymieniać można w nieskończoność.

 

Moja droga do minimalistycznej apteczki

 

I ja to wszystko zawsze miałam w domu. Dwa, duże kosze z domową apteczką. Byłam od nich tak uzależniona, że kosmetyczka z lekami na wyjazdy, gdy urodziła się Blanka miała wielkość całkiem sporej damskiej torebki.

 

Co do lekarstw, już od dawna czułam, że niektóre mi nie służą. Dawniej myślałam, że np. źle czuję się po probiotykach. Zawsze przy antybiotykoterapii bolał mnie żołądek i to paradoksalnie wtedy, gdy brałam coś „osłonowo”, a nie wtedy gdy sobie darowałam i zamieniałam leki na np. ogórki kwaszone, które mają naturalne probiotyki. Nie zgłębiałam jednak tego problemu, bo uważałam, że lek to lek. Musi pomagać z samej definicji.

 

Tak sobie żyłam w błogiej nieświadomości, myśląc, że probiotyki z apteki mi nie służą, aż przez przypadek wpadłam na pierwszy trop w tej farmakologicznej zagadce. Od lat, stałym elementem mojej apteczki jest ziołowa pasta wzmacniająca układ moczowy, który nigdy nie był mocną stroną mojego organizmu. Trzeba ją jednak rozrzedzać z ciepłą, ale nie gorącą wodą, co bywało upierdliwe, zwłaszcza gdy Blanka była maleńka. Tak jak to ze sławetną już kawą, którą nie sposób wypić ciepłą przy dzieciach, tak z moją wodą do pasty, zawsze był problem bo była albo jeszcze za gorąca, albo już za zimna.

 

Dlatego z entuzjazmem podchwyciłam nowość, jaką były kapsułki o tej samej nazwie co pasta. Rzekomo również ziołowe. Tylko, że po nich, po pierwsze działanie lecznicze na moje drogi moczowe, nie było tak spektakularne, a po drugie, znów bolał mnie brzuch tak jak po probiotykach.

 

Nie trzeba być Sherlockiem Holmes`em, żeby odkryć to co łączyło nieszczęsne probiotyki, które stosowałam, z tym ziołowym lekiem na układ moczowy. Była to kapsułka sama w sobie. Taka która ma w środku proszek i rozdziela się ją tylko, gdy trzeba podać dzieciom. Wtedy mamy rozpuszczają proszek w wodzie i dają w formie zawiesiny. Dorośli jednak łykają kapsułki w całości. I to po nich czułam się źle, a nie po samym probiotyku z apteki.

 

I tu się zamknęło moje „śledztwo”, bo jako przemęczona mama wytłumaczyłam sobie, że kapsułki wyglądające jak plastik nie mogą być zdrowe, więc będę ich unikać. I tyle, dalej nie zagłębiałam się w temat. I porzuciłam go na kilka dobrych lat. Po żadnych lekach nie czułam się już źle, niektóre po prostu słabo działały mimo wielu fantastycznych substancji, które posiadały, zawartych w dużych dawkach w różnych suplementach które przyjmowałam.

 

I tak mijał sobie czas, aż jakieś półtora roku temu zaczęłam mocno zagłębiać się w składy żywności i kosmetyków, które kupowałam. Odrzuciłam większość do tej pory znanych mi i lubianych produktów, bo okazały się jednym wielkim chemicznym świństwem. Długo mi nie zajęło, by przenieść ten trend również na domową apteczkę.

 

Najgorsze świństwa, które znajdziesz w swojej apteczce

 

Zamarłam, gdy po raz pierwszy odkryłam ile sztucznych i niezdrowych substancji pakowałam w swoją rodzinę,  w dobrej wierze.

 

Przykładów jest mnóstwo i, co straszne, nie tylko w środkach dla dorosłych, ale także w tych dla dzieci.

  • popularny syrop przeciwbólowo-przeciwgorączkowy dla dzieci (do stosowania już od pierwszych dni życia), zawiera E122, czyli azorubinę.  Jest to nic innego, jak czerwony barwnik. Jak wykazały badania na zwierzętach, może mieć on działanie rakotwórcze. Jak na razie składnik ten nie został wymieniony wśród kancerogennych w odniesieniu do ludzi. Za to istnieją już badania, które dowodzą, że długotrwałe stosowanie tej substancji u dzieci powoduje nadpobudliwość i stany lękowe. Występują też dość częste reakcje alergiczne.
  • syrop na odporność, popularny już w czasach naszego dzieciństwa zawiera znany konserwant – benzoesan sodu czyli E211. Składnik ten, niby nie wykazuje właściwości toksycznych, ani rakotwórczych, a jednak wiele badań wskazuje na zwiększone ryzyko wstępowania wysypek, kataru siennego, a nawet astmy. Są też badania, wskazujące na powiązanie występowania ADHD u nastolatków, którzy regularnie spożywali E211 (a nie jest to trudne, bo jest on zawarty praktycznie w każdej sklepowej wędlinie, po co więc serwować go dzieciom w lekarstwach). Co gorsza, benzoesan w połączeniu z witaminą C tworzy niebezpieczny benzen, który jest już rakotwórczy. Nie muszę chyba dodawać, że syrop na odporność zawiera w sobie oczywiście witaminę C. W dobrej wierze matki podają więc dzieciom truciznę.

Od dalszych przykładów aż włos się na głowie jeży. Wymieniać możnaby bez końca, a nie od tego tutaj jestem. W sieci można znaleźć mnóstwo rzeczowych artykułów w tym temacie, pod redakcją naukową, i do ich czytania Was zachęcam.

 

W lekach, witaminach i suplementach znajduje się masa świństw. Ja najbardziej uważam jednak na…

  • stearynian magnezu, inaczej sole magnezowe kwasów tłuszczowych. To dzięki temu składnikowi tabletki łatwiej połknąć, mają jedwabistą powłoczkę. Ten środek nie jest jednak trawiony przez organizm, co więcej oblepia jelita, zmniejszając wchłanialność tych dobrych środków z lekarstw. A w dodatku, jako, że odporność człowieka zaczyna się w jelitach, środek ten ją osłabia i błędne koło przyjmowania lekarstw gotowe.

 

Był moment, że tak bardzo zraziłam się do stosowania produktów aptecznych, że naszą rodzinę leczyłam tylko ziołami, miodem, pyłkiem pszczelim, imbirem, czosnkiem, kurkumą. Można sobie poradzić i wiele uzyskać za sprawą zdrowej diety, ale jest to bardzo trudne i bardzo czasochłonne.

 

suplementy w proszku Vitter opinie

 

Suplementy w proszku Vitter opinie naszej rodziny po dwóch miesiącach

 

Na szczęście na rynku są jeszcze rzeczywiście zdrowe produkty, bez świństw w środku, wystarczy tylko zgłębiać składy na opakowaniach. Albo postawić na nieco trudniejszą w stosowaniu, ale i dużo bezpieczniejszą formę proszku. Od dwóch miesięcy stosuję taką formę suplementów i jestem nią zachwycona. Witamina C, Witamina D3, wszelkie kolageny czy spiruliny na urodę można kupić w proszku i korzystać z tego, że nowoczesność ułatwia nam dbanie o wygląd i zdrowie, ale z poszanowaniem dla natury.

 

suplementy w proszku Vitter opinie

 

suplementy w proszku Vitter opinie

 

suplementy w proszku Vitter opinie

 

Po takich witaminach, czuję się o niebo lepiej, bo rzeczywiście działają i żadna chemia przy okazji nie zatruwa mi organizmu. Co więcej, ta forma niejako zmusza do zdrowszego stylu życia. Suplement w proszku trzeba jakoś przyjąć, więc zmuszeni jesteśmy wypić dodatkową szklankę wody, w której nasz proszek rozpuścimy, lub zjeść jogurt z dodatkiem witamin na lunch zamiast kanapki.

 

To kolejny krok w dbaniu o zdrowie. Koniecznie sprawdźcie więcej informacji na vitterpure.pl

 

Suplementy marki Vitter, których używam, możecie kupić na stronie internetowej, a także do dobrych aptekach i sklepach zielarskich.

 

 

suplementy w proszku Vitter opinie

 

suplementy w proszku Vitter opinie

 

suplementy w proszku Vitter opinie

 

pasek-do-teksty-1

Jeśli spodobał Ci się ten wpis, pewnie chętnie przeczytasz też:

Domowe krakersy z najzdrowszą przyprawą świata. 

Test śledzi przed Świętami.

Jak naturalnie wspierać odporność u niejadka?

Będzie mi bardzo miło, jeśli pozostawisz tutaj swój ślad, dasz się poznać. Możesz zostawić komentarz,  super, jeśli polubisz bloga na Facebooku, czy udostępnisz post swoim znajomym. Każdy wyraz uznania jest dla mnie niezwykle istotny!

 


O autorze -



Wszystkie zdjęcia i treści na blogu są moją własnością. Nie wyrażam zgody na ich kopiowanie bez mojej wiedzy. Copyright © 2017 Chichotkitrzpiotki.pl