nie lubię karmić piersią

Przez bzdurę, którą usłyszałam w gabinecie lekarskim, wypłakałam morze łez…

Każdej z nas zależy na zdrowiu własnych dzieci. Zależy nam też na tym, by stworzyć z nimi wyjątkową relację, dać im bezpieczeństwo, szczęście. Po prostu kochać i być kochanym, w ten wyjątkowy, niepowtarzalny sposób.

 

Nie było mi dane karmienie piersią. Nie żałuję tego jakoś specjalnie.  Nie żałowałam na samym początku w ogóle . Powiem szczerze, że gdy zaprzestałam walki o to, żeby mała zaczęła ssać pierś, poczułam ulgę. Nie udawało się. Na wiele sposobów. W różnych pozycjach, z nakładkami, czy bez. Nawet jak laktator już tak rozkręcił mi „produkcję”, że z piersi leciała kropla za kroplą bez uciskania.

 

Blanka urodziła się sporo wcześniej niż powinna. Przez cesarskie cięcie spowodowane zagrożeniem jej życia i bez rozpoczęcia akcji porodowej.  Miała tak niewielki odruch ssania, potwierdzony przez neurologa dziecięcego, że smoczek symulujący pierś nawet nie wchodził w grę. Zwłaszcza, że z początku z moich piersi nie najadłby się nawet wprawiony w karmieniu piersią spory niemowlak. Bardzo chciałam wyćwiczyć ją i siebie do karmienia, ale  Blanka musiała mieć maksymalnie ułatwioną sprawę, by w ogóle mogła się najeść. A i tak jadła po odrobince, nawet z butli ze sporą dziurką, bo tak się męczyła.

 

Na pewno, znajdą się mądre osoby, które powiedzą, że mogłam spróbować jeszcze tego, czy tamtego sposobu. Już po czasie. Próbowałam. Gdy się poddałam, dopiero zaczęłam czerpać radość z karmienia małej. Butelką. Wcześniej skupiałam się tylko na tym, że kure**ko bolały mnie cycki, gdy przystawiałam ją do piersi. A widok tego, jak po „karmieniu” przysysała mi się do bluzki, z głodu, jeszcze bardziej mnie wykańczał. Także psychicznie. Gdy dawałam jej odciągnięty pokarm z butelki, miałam siłę i nastrój do tego, żeby głaskać ją po głowie i szeptać czułe słówka. Nigdy nie zdarzyło się to w naszych „sesjach” przy cycku.

 

Mama z dzieckiem muszą się dopasować…

 

Zrozumiałam, że mama z dzieckiem muszą się dopasować, by karmienie piersią było udane. Wszystko zależy od wielu czynników. Fajnie, jak się uda. Niektórym się udaje nawet po kilku miesiącach. Ale nie za wszelką cenę. Bo takie zmuszanie się do czegokolwiek, walka mimo braku sił, może zniszczyć relacje mamy z dzieckiem w tych pierwszych miesiącach. Nie mówiąc już o jakiś poważniejszych sprawach, jak depresje poporodowe i inne takie paskudztwa.

 

Dobrze się z tym czułam. Miałam tak fantastycznie opracowaną produkcję mleczarską, że nawet opisywałam mleko z danych pór dnia. Nocne dawałam na noc, poranne, na pierwsze karmienie po najdłuższym spaniu. Choć ja sama spałam mało, bo odciąganie pokarmu pochłania dużo więcej czasu niż podanie piersi. Jeszcze lepiej zrobiło mi się, gdy Blanki lekarz, uznany w Warszawie neonatolog, szczerze mnie pochwalił, za to, że tak dzielnie odciągam pokarm i nie przechodzę na mieszankę. Uznał, że to niełatwe w organizacji i bardziej męczące. Miał rację. Nie robiłam tego z lenistwa, tylko dlatego, że inaczej nie umiałam.

 

I tak właśnie, dobrze nam się żyło. Miałam komfort psychiczny, że daję Blance wszystko to co ważne i wartościowe w pokarmie mamy, mimo wszystko. A  jednocześnie nie martwiłam się już własnym bólem i całą tą negatywną otoczką, o której tak rzadko się mówi, bo przecież karmienie piersią przedstawia się teraz jako same cudowności i dla mamy i dla dziecka. Nie zawsze tak jest…

 

„Nie będziecie mieć bliskiej relacji!”

 

Niewyspana, ale dumna z siebie, poszłam do naszej przychodni na jedną z wizyt szczepiennych niemowlaków. Wszystko było idealnie, Blanka dobrze przybierała na wadze, mimo niskiej wagi urodzeniowej. Była zdrowiutka, rumiana, wzorowy bobasek. Po szczepieniu i wywiadzie lekarskim,  jeszcze trochę podyskutowałam sobie z lekarką, a wszystkiemu przysłuchiwała się pielęgniarka.

 

Karmi pani? – lekarka zadała pytanie, którego nienawidzę. Tak jakby którakolwiek matka o zdrowych zmysłach dziecko głodziła. Przecież mleko modyfikowane to też pokarm!

To znaczy, córka dostaje moje mleko, ale z butelki. Odciągam pokarm, bo nam nie szło z piersi. Córka ma słaby odruch ssania.  – odpowiedziałam, a lekarka pokiwała głową porozumiewawczo i miałam wrażenie, że z aprobatą.

 

Na to wszystko wtrąciła się pielęgniarka. Od samego wejścia do gabinetu, miałam wrażenie, że nie spodobałam się jej i już mi intuicja podpowiadała, że się do mnie przyczepi. Nie myliłam się.

 

Ooo. To bardzo źle. – powiedziała.

Dlaczego? – po cichu liczyłam, na jakąś fachową poradę, o której nikt nie pamiętał, a która sprawiłaby,  że uda nam się te karmienie piersią.

Nie będziecie mieć bliskiej relacji. Dzieci, co są karmione z piersi są bardziej czułe, bardziej mamy potrzebują. I to się utrzymuje przez lata. A butelkę to każdy może dać. Tata, babcia. Źle, Źle, że pani piersi nie podaje. – wypaliła najbezczelniej, jak to możliwe.

 

Zatkało mnie, nie przypuszczałam, że ktoś może się wobec młodej matki zachować tak podle i zwyczajnie kopać leżącego. Zabrałam książeczkę zdrowia i wyszłam bez „do widzenia”, a w gardle dusiło mnie jak nigdy dotąd. Tylko ja wiem, ile razy przez te kilka, złośliwych zdań płakałam w nocy. Jak ta baba podcięła mi skrzydła, jak nie mogłam patrzeć, gdy Blanka spokojnie karmiła się z tatą, czy z babcią. Czułam się niepotrzebna, zdemobilizowana. Miałam żal, do siebie, do świata, nawet do Blanki. To może się wydać śmieszne teraz, ale czasami naprawdę myślałam, że ona mnie nie kocha, że tej piersi nie chce. A ja jestem bezużyteczna, skoro nie umiem zrobić czegoś, żeby nam wyszło.

 

Nie lubię karmić piersią – co robić?

 

Dopiero po dłuższym czasie i gdy poziom hormonów znacznie już mi opadł, doszło do mnie, jak wiele znam dzieci wśród rodziny i znajomych, które były kilka, kilkanaście lat starsze od Blani, niegdyś karmione butelką i mimo to mają świetny kontakt z mamami. Ba! Okazało się nawet, że znam też całkiem sporo takich, co były karmione piersią i te relacje są dużo słabsze.

 

Dziś te problemy są już całkiem za mną. Dlatego Wam o nich opowiadam. Kilkakrotnie rozgrzeszałam znajome i koleżanki, które prosiły mnie o wsparcie i  poradę, bo im też karmienie piersią nie szło, albo nie przynosiło radości, tylko ból, dyskomfort. Położne i poradnie laktacyjne nic nie dawały, a poziom irytacji rósł, załamanie nerwowe było tuż, tuż. „Natalka, ja już nie mam siły karmić. Nie chcę. Ale myślę, że zły ze mnie człowiek przez to.”. Ile razy ja to słyszałam?! Ja miałam ten komfort, że murem za mną stał mąż i cała rodzina. Nikt mnie nie zmuszał, nikt nie wywierał presji.

 

Dlatego teraz mówię Wam – można mieć szczęśliwe macierzyństwo, bez karmienia piersią. Można stworzyć świetną relację mimo towarzystwa laktatora i butelki, czy nawet mleka modyfikowanego. Związek mamy i dziecka to coś o wiele bardziej złożonego niż tylko wykarmienie własnym mlekiem. Lepiej iść tą drogą niż skończyć z depresją. Mówię to ja, matka butelkowa, która ten wpis pisze ze skaczącą po brzuchu, głowie i nogach dwulatką, która co chwile każe się przytulać. Oprócz tego, że lubi rywalizować z laptopem, to chyba jednak jakoś tam mnie kocha. 😀

 

pasek-do-teksty

 

Jeśli spodobał się Wam ten wpis, pewnie chętnie przeczytacie też:

 

Pod osłoną rodzicielstwa bliskości uczymy dzieci… egoizmu i braku empatii?

4 gadżety, które chciałby mieć każdy rodzic, ale nie wypada ich wyprodukować…

6 prostych trików, dzięki którym wychowasz małego optymistę

 

Będzie mi bardzo miło, jeśli pozostawisz tutaj swój ślad, dasz się poznać. Możesz zostawić komentarz, na większość staram się odpowiadać i zaglądać do każdego komentującego, jeśli też ma swoje miejsce w sieci. Super, jeśli polubisz bloga na Facebooku, czy udostępnisz post swoim znajomym. Każdy wyraz uznania jest dla mnie niezwykle istotny!

 

Bez-nazwy-2



O autorze -



  • Jak ja nie lubię takich mądrych, którzy atakują bo nie karmisz piersią, nie rodziłaś naturalnie itp. Ja karmiłam piersią, rodziłam przez cc. Ani lepszą ani gorszą matką się nie czuję. Więź i całą resztę nabywamy później, przez nasze czyny. A kysz mądralińscy dajcie matkom spokojnie żyć. Jeśli matka będzie sfrustrowana- odbije się to na dziecku

    • A i tak, ta więź przez lata ewoluuje. Raz się rozluźnia, innym zawęża. To płytkie sprowadzać ją tylko do karmienia piersią. Teraz to wiem, ale jak jeszcze kobietą rządzą hormony, to nie jest tak łatwo sobie samej
      racjonalnie przetłumaczyć.

  • naszebabelkowo.blogspot.com

    Jej,co za bzdury ta pielęgniarka opowiada ! Ja jako mama adopcyjna nie karmiłam piersią, choć niby mogłam pobudzać laktację w sposób mechaniczny – ale co z tego? Więź z dzieckiem zależy od tylu różnych czynników, że akurat karmienie piersią wydaje mi się jednym z mniej istotnych i raczej pobocznych. Nie ma to jak wpędzać mamę w poczucie winy – a ja i tak miałabym to wszystko na Twoim miejscu głęboko w d*** i robiłabym to,co sama uznam za słuszne i optymalne w mojej INDYWIDUALNEJ sytuacji :)

    • No właśnie. Ty miałaś jeszcze taką możliwość. A co z rodzicami, którzy adoptują nieco starsze dzieciaczki? Przecież też mają wielokrotnie cudowne relacje z nimi, choć nie było ani porodu, ani wcześniejszego słuchania głosu mamy w brzuchu. Ja myślę, że teraz się sporo za bardzo roztkliwiamy nad tym co kiedyś było naturalne, zwyczajne. Uczuć i emocji szukało się tam gdzie rzeczywiście się trwale budowały. Teraz jest wiele hałasu o nic.

  • Doskonale rozumiem temat, bo ja też rodziłam przez cc, do tego w sytuacji zagrożenia życia mojego i dziecka, ale u mnie stres z tym związany spowodował zastoje pokarmu. Karmiłam jakieś 10 dni, walcząc i płacząc, aż trafiłam z powrotem do szpitala z potwornym zapaleniem piersi i musiałam wziąć leki na zatrzymanie laktacji, inaczej musieliby mi zakładać dreny, bo już robiły mi się ropnie.
    Teraz patrzę na to trzeźwo, ale wtedy też byłam tak ogłupiona przez wszystkich „życzliwych”, że wydawało mi się to ogromną tragedią.

    • Ja miałam to samo prawie. Poród z powodu zagrożenia życia Blanki na ponad miesiąc przed czasem. Najpierw laktacji nie było. A potem jak była to taka ogromna, że gdy próbowałam, żeby ściągała mi to Blanka, dostawałam temperatury i bolało jak nie wiem… Pomagał tylko laktator. Dziś już wiemy, że to żadna tragedia, ale jak człowiek ma w sobie burzę hormonów to nie myśli racjonalnie… 😉

  • Też roddziłam przez CC, trzy razy…mnie się udało wywalczyć karmienie piersią, ale wiem o czym piszesz, wiem jak bardzo się trzeba była nakombinować (zwłaszcza przy pierwszym dziecku:P), ale powiem Ci tak szczerze, z serca…Karmienie piersią jak dla mnie jest przereklamowana i gdyby nie to, że mleko matki jest zdrowe to bym nie karmiła…Ja tego nie czuję, taki ze mnie gruboskórny stwór…Ja równie bardzo, jak nawet nie bardziej, czułam więź z dzieckiem podczas przytulania, wspólnego zasypiania i pobudek niż podczas, jak dla mnie, czysto fizjologicznej czynności karmienia.. Takie ze mnie nieczułe babsko i takie bidne te moje dzieci…:)))))

  • Patrycja Piechowska

    mam trzy córki i żadna w rezultacie nie była karmiona piersią wszystkie sztucznie i nie żałuję!Z pierwszą męczyłam się jako 16-o latka i pokarmiłam 2 tygodnie po urodzeniu bo miałam za mało mleka a ona wręcz gryzła mi piersi/ przestawiłam na mm. Druga urodziła się jako wcześniak, ja miałam 22l i od razu dostała mm i tak zostało, z resztą nie było pokarmu w piersiach więc nie było o czym mówić. Trzecią pokarmiłam trochę w szpitalu i tu odruch ssania miała wybitny! musiałam się kłócić żeby mi dali trochę mleka do dokarmienia, mleka jednakowoż za mało, jak na jej potrzeby. więc jak tylko do domu wróciłam, to kupiłam mm i podałam, wtedy dziecko wreszcie najedzone zasnęło. Tak jest do dziś mała jest co raz większa, i choć urodziła się 2600 to teraz dorównuje rówieśniczkom a rozwojowo nie które bije na głowę.

  • Macierzynstwo-raz!

    Ale bzdury. Ja rodziłam naturalnie i udało mi się karmić piersią, ale jeśli usłyszałabym coś takiego to normalnie bym powiedziała tej babie co o niej myślę. Teraz jest straszna nagonka na mamy, które nie karmią, a przecież nie przewidzisz wszystkiego.

Wszystkie zdjęcia i treści na blogu są moją własnością. Nie wyrażam zgody na ich kopiowanie bez mojej wiedzy. Copyright © 2017 Chichotkitrzpiotki.pl