jak dobrze wychować dziecko

No nie przesadzajmy! Macierzyństwo to nie droga do wniebowstąpienia…

A dziecko, to nie święta krowa! Im dłużej jestem mamą i więcej trudów wychowawczych mam za sobą, im więcej innych mam znam, im więcej czytam w temacie, tym bardziej mam wrażenie, że to całe bycie mamami jest coraz bardziej przekombinowane. Tak usilnie szukamy odpowiedzi, jak dobrze wychować dziecko, że zaczynamy dzielić świat na czarny i biały. I tym samym nakładamy sobie niewidzialne kajdany.

 

Gdy krzyczymy na dziecko, uczymy je walki lub uległości. ALE jeśli jest dyscyplinowane, uczy się zasad funkcjonowania w grupie.

Gdy akceptujemy dziecko i chwalimy, uczymy poczucia własnej wartości i doceniania innych. ALE zbyt częste chwalenie uzależnia od opinii otoczenia.

Lepiej nagradzać dziecko za dobre niż karać za złe. ALE częste nagradzanie uczy roszczeniowej postawy i manipulowania innymi.

 

Możnaby tak wymieniać w nieskończoność. Na każdą zasadę znajdzie się kontra, albo właśnie jakieś „ale”. Czasami zastanawiam się po co są te wszystkie wychowawcze mądrości. Rozumiem, że jako społeczeństwo staramy się ewoluować, chcemy zrobić wszystko, co możliwe, by nasze dzieci wyrosły na dobrych, mądrych ludzi, mający szczęśliwe życie. Stąd te wszystkie zakazy i nakazy narzucane na rodziców. Stąd te całe podziały i hasła typu „zła matka”, „dobra matka”.  Zaczęliśmy w jakiś dziwny sposób dzielić rodziców na tych idealnych, niemalże świętych i na całą patologiczną resztę.

 

Kiedyś to była patologia…

 

Coraz mniej jest w tym spontaniczności. Nie ufamy już zwykłej matczynej intuicji. Demonizujemy to wychowanie, które było kiedyś, zupełnie jakbyśmy my jakimś niesamowitym cudem z tej dawnej patologii wyrośli „na ludzi”.

 

Kiedyś matki popełniały błędy i pewnie nawet wielokrotnie nie zdawały sobie z nich sprawy. Miewały wyrzuty sumienia, ale nie zadręczały się nimi. Częściej niż my krzyczały, częściej karały… Ale mimo to, myślę, że większość z nas, robiąc podsumowanie w swoim serduchu, uzna swoje dzieciństwo za szczęśliwe. A chyba i ówczesne matki były szczęśliwsze. Bo mniej oceniane, mniej napiętnowane, nie naznaczone wszechobecną w mediach perfekcją.  Czasami trochę im tego zazdroszczę. I żałuję, że te czasy minęły. Czy dziś już serio sama miłość do dziecka nie wystarczy, by uczynić je szczęśliwym i dobrze wychować? Czy potrzebne nam są te wszystkie metody wychowawcze i psychologiczne porady?

 

Nie wychowujmy emocjonalnych kalek!

 

Pomiędzy ideałem z poradników, a patologiami wychowawczymi jest jeszcze cała masa, nie czarnych, ani nie białych sytuacji. Między matką, a dzieckiem występuje wyjątkowa relacja. Ale to wciąż relacja międzyludzka. Czemu w stosunku do męża, rodziców, rodzeństwa bez problemu pozwalamy sobie na błędy, a w relacji matka – dziecko dążymy do jakiejś nierealnej perfekcji, chcemy być jak uosobienie cnót wszelkich, a jak tylko nie spełniamy tych wewnętrznych oczekiwań, to czujemy się podle? Owszem, dziecko wychowujemy, uczymy świata, mamy dać mu poczucie bezpieczeństwa. Ale czy tym dążeniem do ideału, paradoksalnie, nie wyrządzamy mu krzywdy? Przecież świat nie będzie dla niego taki łaskawy… Czy ta niezwykła dobroć, brak popełniania błędów, ogromne wsłuchiwanie się w potrzeby i uczucia naszych dzieci nie sprawi, że wychowamy życiowe kaleki, które dobrze będą czuły się tylko w rodzinnych domach?

 

Chujowa matka = szczęśliwe dziecko?

 

Mam czasami wrażenia, że ja, gdybym miała być oceniana przez specjalistów, dostałabym taką przypiętą łatkę. Z napisem. Nawet nie „zła matka”, a „chujowa matka”. Popełniam wiele błędów. O, np. sporo krzyczę. I to głośno, z wybałuszaniem gał! Znajoma z osiedla powiedziała mi kiedyś, ze nasze „kłótnie” z Blanką słychać nawet na placu zabaw, klatkę dalej niż nasze okna. 😀 Nie ma się czym chwalić. A jednak. Jak wychodzimy na ten plac zabaw, to moje dziecko jest najbardziej uśmiechnięte ze wszystkich. Woła do mnie „mamu, mamu” bym podziwiała, jak zjeżdża ze zjeżdżalni. Klaszcze w rączki doceniając sprawność innych, starszych dzieci, które wysoko się bujają. Nigdy nie jest wobec innych agresywna, daje buziaczki, wydaje entuzjastyczne okrzyki. Z chęcią dzieli się zabawkami, łatwo nawiązuje znajomości, jest lubiana. Jak to możliwe, przy matce, która co jakiś czas drze na nią japę na cały regulator? Bo macierzyństwo nie jest czarno-białe.

 

jak dobrze wychować dziecko

 

Każde nasze zachowanie ma jakiś kontekst, dzieje się w danej sytuacji, w danym otoczeniu. Po pierwsze dzieci wychowują się w jakiejś grupie, rodzinie. Mają te same geny i takie same przyzwyczajenia, skłonności. Inaczej na podniesiony ton zareaguje dziecko dwójki flegmatyków, a inaczej dwójki histeryków, czy sangwiników. Każda rodzina ma jakiś swój styl bycia, ale też każde dziecko ma swój charakter i nie można uogólniać, dzielić jakoś odgórnie zachowań rodzicielskich na „właściwe” i „niewłaściwe”. Różni rodzice i różne dzieci mają różne temperamenty. To, co nie obejdzie jednego dziecka, inne może okropnie zranić. To co podziała wychowawczo na jedno, do drugiego w ogóle nie trafi. Jak to rozpoznać? Jak rozszyfrować, co pasuje do naszej rodziny? Tego nie podpowiedzą nam żadne poradniki. Ale wierzę, że każda kochająca matka wyczuwa to intuicyjnie i będzie umiała podzielić swoje zachowania na te właściwe i niewłaściwe dla własnego dziecka.

 

Moja niedoskonałość pozwoli mojej córce na późniejsze szczęśliwe życie

 

Oczywiście nie wolno nam być bezrefleksyjnymi i zachowywać się w jakiś konkretny sposób, tylko dlatego, że taki mamy temperament…  A jednak czasami krzyczę. Bo emocje biorą nade mną górę. I uważam, że to dobrze. Nie chcę obciążać mojej córki perfekcją. Moje bycie czasami chujową matką wyjdzie jej na dobre. Bo będzie wiedziała, że błędy można popełniać, ale trzeba je umieć naprawiać. Będzie wiedziała, że bliskie relacje w rodzinie to nie musi być ciągłe rzyganie tęczą, że można kochać i być kochanym mimo wzlotów i upadków, mimo lepszych i gorszych dni. Wierzę, że dzięki temu nie rozwiedzie się z mężem po pierwszej lepszej kłótni i nie dostanie depresji, jak mój przyszły wnuk, czy wnuczka pierwszy raz porządnie ją wkurzy.

 

Dlatego pozwalam sobie na błędy. Krzyczę, gdy czasami ręce mi opadają przy jej uporach, gdy musimy szybko wyjść z domu, a ona nie chce akurat założyć butów, albo gdy po całym dniu nic nie jedzenia, odmawia spożycia kolacji. Ale zawsze później, tłumaczę jej swoje emocje, staram się też, na ile to możliwe u niegadającej dwulatki, poznać jej uczucia, zrozumieć jej racje i potrzeby. Kiedy trzeba przepraszam. Bo czasami to ja źle odczytuję jej intencje. Widzę to wtedy po jej mince i już po sekundzie wiem, że trzeba ją przeprosić, przytulić i przyznać się do błędu. Ale nie zawsze czuję, że rzeczywiście potrzeba. Czasami zwyczajnie należy jej się opierdziel, bo nic innego nie działa. Często zastanawiam się nad uczuciami mojego dziecka. Ale staram się sobie też zadawać pytanie „co czuję ja”.

 

Nie chcę i nie będę na siłę udawać świętej Teresy z Kalkuty, bo też nie takiego losu życzę mojej córce. A wierzę, że dzieci mają niesamowitą moc wyczuwania emocji matki. Nie trzeba krzyczeć, by wiedziały, że jesteśmy złe, czy nieszczęśliwe. Czasami podniesiony ton rani dużo mniej niż milczenie, czy zgaszony wzrok. A udawaniem zabijamy wewnętrzny blask, który daje pogodę ducha nie tylko nam, ale i naszym dzieciom. Nie nauczymy dziecka szczęścia, dusząc się we własnych emocjach.

 

Nie jestem złym rodzicem, Ty też nie!

 

Wystarczy wsłuchać się w siebie i w swoją miłość do dziecka, by zbudować sobie własny dekalog zachowań rodzicielskich. Ja swój mam. Dla mnie…

 

Zły rodzic, to ten, który wie, że zrobił źle, a nie umie przeprosić.

Zły rodzic, to ten, który upokarza, podcina skrzydła.

Zły rodzic, to ten który porównuje do innych dzieci, stawia wzory.

Zły rodzic to ten, który nie przytula, nie chwali.

Zły rodzic to ten, który wytyka dziecku jego słabości.

Zły rodzić, to ten, który nie zna bezwarunkowej miłości.

 

Nie jestem doskonała, ale jestem dobrym rodzicem. W oczach swoich i w oczach mojej córki. W naszych relacjach naprawdę wystarczy miłość, by było po prostu świetnie! A całą resztę, jako „patologiczna” matka, mam zwyczajnie w dupie.

 

pasek-do-teksty

 

Jeśli spodobał się Wam ten wpis, pewnie chętnie przeczytacie też:

Gorzka prawda (???) o polskim macierzyństwie

Daj dziecku czas, ale nie przebimbaj macierzyństwa

7 sposobów na bunt dwulatka, bez psychologicznego pitu, pitu

 

Będzie mi bardzo miło, jeśli pozostawisz tutaj swój ślad, dasz się poznać. Możesz zostawić komentarz, na większość staram się odpowiadać i zaglądać do każdego komentującego, jeśli też ma swoje miejsce w sieci. Super, jeśli polubisz bloga na Facebooku, czy udostępnisz post swoim znajomym. Każdy wyraz uznania jest dla mnie niezwykle istotny!

 

Bez-nazwy-2



O autorze -



  • Natka, powiem tak- jeden z lepszych postów na tym blogu (jak nie najlepszy) w moim odczuciu oczywiście. Podpisuję się pod każdym z osobna słowem które tu napisałaś. Brawo za szczerość!

    • Prawda? Naprawdę genialnie napisane. Fajnie, że obie się podpisałyśmy pod tym tekstem:) Cieszę się, że nie jestem jedyną, która tak niewspółcześnie myśli o macierzyństwie! Dzięki dziewczyny!

      • I zobacz jeszcze Gaba, że paradoksalnie, to matki o takim luźnym, jak to ujęłaś, niewspółczesnym podejściu, mają większe rodziny, tak jak Wy. Bo mam wrażenie, nie przytłacza ich tak ono, tylko daje radość, dzięki tej swojej naturalności. Albo, nie przymierzając, tak jak ja, mogą być z dzieckiem w domu i nie duszą się w takiej relacji. Nie chcę nikogo oceniać, ale wszystkie te mamy, które znam, z „nowoczesnym” podejściem są tak wypalone przez macierzyństwo, że nie wyobrażają sobie dalszego rozrodu, albo życia bez wyrwania się codziennie do pracy. Takie niewspółczesne są podobno Francuski. A tam jest dużo większa ilość dzieci na parę, niż chociażby w Wielkiej Brytanii, do której mam wrażenie, aspirujemy w tych wychowawczych modach. Myślę, że to też właśnie dlatego.

    • Dziękuję! :* Miło, że są jeszcze na świecie matki z takimi odczuciami nieprzekombinowanymi. :)

  • Bo kiedyś macierzyństwo było czymś najzupełniej naturalnym, zwyczajną koleją rzeczy, a teraz traktuje się je, jakby było jakimś heroicznym wysiłkiem, wręcz kosmiczną misją.

    • Ba! Teraz macierzyństwo to często katorga, społeczny przymus, „kula u nogi”…Ech! A to tak jak napisałaś zwyczajna rzecz…ot, co!

    • O właśnie! A przecież to wciąż jest najnaturalniejsza z możliwych naszych ról życiowych…

  • Już sobie wyobrażam jak wydzierasz tą jape 👍 a tak na poważnie to bardzo mądry wpis, jak zwykle zresztą. Myślę za bardzo przeżywamy to nasze macierzyństwo.

  • oxinspirationxo blogspot.com

    Też się na tym złapałam przy pierwszym dziecku, że za bardzo kombinuję. Potem rzuciłam na luz, czyli własną intuicję i jest super.

  • a ja tak z innej beczki – przepiękne zdjęcia

  • Natalia powiem tak: Uwielbiam Cię Kobieto! I niech to wystarczy za cąły komentarz do tego tekstu. I wiem, że wiesz o co i chodzi. Ściskam Was mocno:)

  • nie ma idealnych mam, ale jesteśmy najbardziej idealne dla własnych dzieci. pozdrawiam

Wszystkie zdjęcia i treści na blogu są moją własnością. Nie wyrażam zgody na ich kopiowanie bez mojej wiedzy. Copyright © 2017 Chichotkitrzpiotki.pl