DSC_0896

Gorszy poród?

Urodziłam przez cesarskie cięcie. Lub jak kto woli – wydałam córkę na świat, albo, jeszcze lepiej, zwyczajnie wyjęto mi ją z brzucha… Ale wiecie co? Co to za różnica, w jaki sposób pojawiła się na świecie?

Równie dobrze mogłaby się przeteleportować spod mojego serca prosto na salę poporodową. Dla mnie ważne, że jest cała i zdrowa!
Nigdy wcześniej nie zastanawiałam się nad wyższością porodu naturalnego nad cesarką, lub cesarki nad porodem naturalnym. Temat tych przepychanek porodowych znam dopiero odkąd stałam się mamą „internetową”. To co zaczęłam czytać na blogach, forach, po prostu mnie wkurzyło. Ta co urodziła naturalnie szczyci się, że taka dzielna, a druga, co miała poród cesarski, mówi, że ta pierwsza to frajerka, bo po co rodzić w bólach jak można to „lepiej” zaplanować. Z kolei inna co miała cesarkę czuje się niedowartościowana, a jej koleżanka co rodziła w męczarniach i bólach, żałuje, że mogło obyć się bez traumy. I wtedy odzywa się ta pierwsza, że taka nasza natura, że powinność, że to, jak jesteśmy dzielne tworzy z dzieckiem większą więź… Szanuję te uczucia. Narodziny dziecka to niezwykle istotna sprawa. Ale czy nie najważniejsze jest to, że mamy przy sobie zdrowego maluszka? O tym chyba zbyt często zapominamy, bo to niby takie oczywiste… Wcale nie!

Jak to było u mnie?

Kiedy tylko zaszłam w upragnioną ciążę i później z każdym kolejnym jej miesiącem coraz mocniej, pragnęłam tylko by moje dziecko szczęśliwie narodziło się całe i zdrowe i bym ja wyszła z tego cało. Podchodziłam do porodu z dużą dawką pokory. Było bez ambicji, bez planu. Zbyt dużo się wydarzyło w tym temacie smutku i tragedii wśród bliskich mi osób, by to w ogóle było ważne. Wcale nie uważam, że z takim podejściem było mi lepiej. Nie mam do siebie o nic pretensji, nie roztrząsam, co mogłoby być lepiej… Bo jest Ona. Cel, jeśli można to tak rozpatrywać, został osiągnięty.
I owszem, miałam jakieś tam wyobrażenie porodu. Bałam się bólu… Najpierw bałam się, czy podołam naturalnemu porodowi. Później, gdy okazało się, że ciąża jest coraz bardziej zaawansowana, a mała nadal ułożona jest miednicowo i czeka mnie planowana cesarka, trochę się śmiałam, że „mała kocha mamusię i nie chce żeby się namęczyła przy porodzie”. Z drugiej strony cewnik, ukłucie w kręgosłup. Brr! Ale tak naprawdę, było to wszystko mało istotne. Nie lubiłam bycia w ciąży. Przez ten strach. Chciałam po prostu mieć córkę już przy sobie, móc na nią popatrzeć i odetchnąć z ulgą. I choć miałam powody, by tak się bać, to trochę nie lubiłam siebie za ten strach, patrzyłam na beztroskie ciężarne z dużym podziwem. Ale miałam chyba jakieś przeczucie, które kazało mi zachować czujność…

Oddział patologii ciąży

 
W połowie 8 miesiąca ciąży, na niby ostatnim obowiązkowym USG lekarz, do którego kierowała mnie zawsze doktor prowadząca moją ciążę, stwierdził u mnie małą ilość wód płodowych. Pytał, czy nic mi się tam nie ulewa. Jak usłyszał, że nie, kazał mniej chodzić i więcej pić, bo dziecko w takiej sytuacji jest mniej chronione. Może się coś poprawi, za dwa tygodnie kontrola. Na kontroli wyszło, że wód płodowych jest jeszcze mniej. Moja ginekolog bez zastanowienia wypisała mi skierowanie na patologię ciąży. Gdy pytałam dlaczego, powiedziała, że w takiej sytuacji dziecko ma mniej zamortyzowane ruchy, może sobie przycisnąć pępowinę, lub się w nią okręcić i mieć duże trudności z wyplątaniem. Zaczynałam być przerażona, bo kazała mi być przygotowaną na to, że być może cesarka zostanie wykonana w przeciągu doby
Ze skierowaniem w ręku i mamą, bo męża akurat nie było, pojechałam po torbę i do szpitala w którym miałam rodzić. Niestety, jeden z popularnych warszawskich szpitali „do rodzenia” był tak przepełniony, że odsyłali nawet karetką rodzące już kobiety. Doktor, która mnie zbadała, stwierdziła, że koniecznie muszę być pod kontrolą i potwierdziła, że być może lekarze zadecydują, by zrobić mi cesarkę dużo szybciej. Ale… Oni nie mają miejsc. Spytała o szpital drugiego wyboru. Nie miałam takiego, ale skoro mieszkam na przedmieściach i chodziłam do powiatowej, przyszpitalnej szkoły rodzenia, to zadecydowałam, że właśnie w tym szpitalu, który już jakoś tam znam, chcę rodzić. Lekarka zadzwoniła tam i poinformowała, że odsyła do nich pacjentkę.
Przyjechałyśmy. Zostałam zbadana… I zupełnie inna teoria. Lekarz dyżurujący powiedział, że w sumie to mogę wracać do domu i przyjeżdżać tylko codziennie na KTG. Byłam tak rozbita, tymi zupełnie rozbieżnymi opiniami że nie byłam w stanie podjąć decyzji. Dobrze, że była ze mną mama, która powiedziała lekarzowi, że ja w domu to się zadręczę… Pewnie rzeczywiście, tak by się stało.
No i przyjęli mnie na oddział. A ten sam lekarz, za każdym dyżurem wpadał do mnie z uśmieszkami i pytał „Fajnie się u nas pani leży?”, „No bezpieczniej się czuję. Kiedy poród?”, „Zobaczymy!”. I tak przez 10 dni. Czasami czułam się jak idiotka, która z własnej woli, bez potrzeby uziemiła się w szpitalnym łóżku.

Nieplanowana, planowana cesarka…

Pamiętam ten ostatni dzień. Końcówka 36 tygodnia ciąży. Do ustalonej daty porodu jeszcze prawie dwa tygodnie. Sobota. Jak co dzień była u mnie mama, był mąż i siedział do późna. Wyszedł tuż przed 21, bo bardzo lubiłam, jak ktoś był przy mnie jeszcze w trakcie ostatniego, wieczornego KTG. Ale tym razem się opóźniało. Miałam być ostatnia w kolejce. Ustaliliśmy tylko, że napiszę mu smsa, jak wynik. Wreszcie kilka minut po 9, leżałam z gołym brzuchem w tych pasach i oglądałam jakiś głupi program w telewizji. Cały czas kontem oka, śledziłam zapis…

Nagle, aparat zaczął mrugać na czerwono, później piszczeć tak, że serce podeszło mi pod gardło. Na salę wpadła położna, zobaczyła zapis, zaczęła nerwowo trząchać mi brzuchem. Tętno spadło jeszcze bardziej. Szybko rozwiązała pasy, urwała zapis KTG. „Szybko”, rzuciła do mnie i wyleciała z sali. Nie wiedziałam co robić. Biec za nią? Nie zdążyłam się ruszyć w tym strachu, jak ponownie wpadła na salę z wózkiem inwalidzkim. „Siadaj”. Usiadłam. Pamiętam ten chłód na brzuchu wysmarowanym żelem i wiatr we włosach, gdy biegła ze mną przez korytarz. Nagle poczułam się, jakby wystawili mnie gołą na dwór w środku zimy. Tak mi było zimno, tak się trzęsłam. Na sali, którą w trakcie szkoły rodzenia oglądałam jako salę porodową, położyli mnie na łóżku i znów przystawili do aparatury. Tętno nadal bardzo niskie. Podchodziły do mnie kolejne położne, pielęgniarki i trząchały brzuchem. W końcu nieco urosło. Przyszedł lekarz, obejrzał zapis. „Niech się pani nie denerwuje, tniemy zaraz, bo tętno jest zbyt równomierne, dziecko jest osłabione, coś się dzieje, ale nie jest źle.”.
Pamiętam, że na sali było mnóstwo osób. Nie wiedziałam, kto kim jest, ale co chwila podchodziły do mnie różne kobiety. Jedne dłubały coś przy moim ciele, inne co jakiś czas głaskały po ręku, głowie. „Nie denerwuj się tak dziecko, bo zemdlejesz.”. Nie wiedziałam, że organizm ludzki jest w stanie tak zareagować na stres. Trzęsłam się, leżałam z rozłożonymi nogami i widziałam, jak drżą z niesamowitą prędkością we wszystkie strony. Próbowałam je zatrzymać, ale nie byłam w stanie. „Jak to możliwe, przecież mówili mi, że nic nam nie grozi, że jak już leżę w tym szpitalu, to niech doleżę do końca…?” Próbowałam pytać, dowiadywać się, ale tak szczękałam zębami, że personel ledwo mnie rozumiał. Jedna z pielęgniarek, po mojej prośbie przyniosła mi telefon. Zadzwoniłam do męża i mamy. Bałam się tylko, żeby jechali spokojnie… Nawet nie poczułam jak wkłuwali mi się w kręgosłup, jak wkładali cewnik… Ja, która zawsze miałam wyjątkowo niski próg bólu. Cały czas się modliłam. 
Na sali wszystko przebiegało szybko. Czułam rozcięcie brzucha. Nie był to ból, ale dziwny dyskomfort. Czułam ciągnąca skórę. Ciągle pytałam, co z moim dzieckiem. W odpowiedzi słyszałam tylko, „Nie denerwuj się rybko”, od jednej z miłych pań. W pewnym momencie lekarz zapytał „Jak wyście ją robili? W szafie i do góry nogami?”. „Jest dobrze.”, pomyślałam, skoro rzuca żartami, musi być dobrze. Przez chwilę czułam, jakbym odpływała. Anestezjolog potrząsnęła moim ramieniem. Wyciągali Blankę. Czułam straszne ciągnięcie w brzuchu. Musieli ją najpierw odwinąć bo była cała zaplatana w pępowinę. „Takiej długiej to jeszcze nie widziałem.”, rzucił lekarz do lekarza. I wyjęli ją. Gdyby nie to, że momentalnie zaczęła płakać, zemdlałabym ze strachu. Już czułam, że nie daję rady, ale nagle poczułam ulgę,  niesamowitą ulgę. „Już teraz nic nie jest ważne.”
Po jakimś czasie przyszła pielęgniarka noworodkowa. „Dostała 10 punktów. Ma 54 cm i 2700g wagi. Jest już z tatą.” Byłam taka szczęśliwa. Ale operacja się przedłużała. Trwała jeszcze godzinę. Lekarze się pocili, przychodziły pielęgniarki podcierać im czoła. Cięcie na cito, bez akcji porodowej i bez przygotowania, sprawiło, że strasznie krwawiłam. Każdy kolejny szew okazywał się niewystarczający. Starałam się nie usnąć, ale chyba tak schodziła ze mnie adrenalina, że ledwo udawało mi się utrzymać powieki. Jak później opowiadała mi rodzina, lekarze wyszli z sali z umordowanymi minami, powiedzieli tylko, że bardzo ciężka była operacja, ale wszystko dobrze. Musiało być ciężko, bo lekarz przeprowadzający „operację” przychodził do mnie później codziennie, mimo, że opieka nade mną należała już do ginekologów z oddziału poporodowego. Jeszcze kilka miesięcy temu na USG było widać pozostałości nierozpuszczonych szwów, mimo, że Blanka miała już roczek. A do tej pory brzuch czasami boli mnie w tych miejscach, jakby ktoś naciskał na siniak…
To wszystko jest nieważne. Ważne, że mam teraz wesołą, zdrową roczną dziewczynkę. Że jesteśmy szczęśliwi. Nie chcę nawet pomyśleć, co mogłoby się stać, gdybym jednak nie leżała wtedy w szpitalu… Za każdym razem, gdy przeglądam książeczkę zdrowia Blanki i czytam powód wykonania cesarskiego cięcia – „Zagrażająca zamartwica płodu”, przechodzą mnie ciarki. Nawet teraz, gdy to piszę… Wiem, że miałam mnóstwo szczęścia, że wszystko przebiegło tak sprawnie, że mała była w tak dobrym, fantastycznym wręcz stanie mimo tego, że wokół jej szyi okręcona była pępowina. Znam przypadki, kiedy kobieta bardzo chciała sama urodzić, a lekarze mimo komplikacji, zbyt długo przeciągali próby dokończenia porodu naturalnie i dziecko urodziło się w kiepskim stanie. Znam też kilka kobiet, które z własnej woli, bez przyczyn medycznych, wybrały poród operacyjny. Nigdy nie przyszłoby mi do głowy, żeby oceniać takie kobiety, jako matki przez pryzmat porodu. Ale takie oceny, niestety dość często się zdarzają. W temacie ciąży, porodów, czy wychowywania dzieci, obcy ludzie myślą często, że mogą bezkarnie oceniać nasze życie.Rozumiem, że poród, a zwłaszcza to, czy jest ludzki, czy czujemy, że jest w zgodzie z nami, jest bardzo istotny dla naszej psychiki, dla kobiecości.

Ale to przemija. Pozostaje radość z macierzyństwa, która wcale nie jest tak oczywista, wcale nie musi nam się należeć. Najważniejszy jest happy end. Dla mnie każdy poród jest tym najlepszym z możliwych, jeśli na końcu mamy zdrowe dziecko i tulącą go zdrową mamę. 

 

 

Jeśli spodobał się wam ten post, pewnie chętnie przeczytacie też:


O autorze -



  • Ja również urodziłam przez cc, choć miałam urodzić naturalnie. Na początku miałam wyrzuty sumienia, bo miał to być poród rodzinny, mieliśmy się jeszcze bardziej zżyć z M, miał przeciąć pępowinę. Ale później najważniejsze było tylko to, że Staś jest z nami, nasz zdrowy chlopczyk :)

    Pozdrawiam i zapraszam, Panna O ❤

    • Najważniejsze, by móc być szczęśliwie razem. Ja tego nie znałam, ale właśnie przez takie wyrzuty sumienia, my kobiety, matki nie powinniśmy się nawzajem zadręczać. Psychika ludzka jest niezbadana, a nad młodymi mamami czasem górują hormony i wzajemne ocenianie może podłamać…

  • Również miałam cesarkę z tym że ja już byłam na porodówce ze skurczami co 2-3 min i nagle z tętnem małej było coś nie tak. Szybko mnie rozebrali, dali papiery do podpisu na sali operacyjnej (aż byłam w szoku, że jeszcze coś takiego mi dają :D) i chwila moment uśpili mnie. Najgorsze było to, że najważniejsze osoby w rodzinie widziały już Magdę, a ja dopiero na samym końcu… Nieraz jak sobie przypomnę o tym to robi mi się przykro, że tak się stało, ale życie codzienne z takim cudem jakim jest dziecko wynagradza wszystko :) Pozdrawiam :)

    • Pewnie, że tak. Poród to tylko początek długiego macierzyństwa. I to powinno nas cieszyć. Poród, jaki by nie był, trwa chwilę przy tym wszystkim i ważne tylko żeby dobrze się zakończył.

  • Jesteśmy gorszymi matkami- nie da się ukryć. Tak na poważnie to ile ja mądrości słyszałam na temat porodów i tego, że te po cesarce to mają luz. Jasne niech każdy to przeżyje a później się wypowiada

    • Oj ja też się nasłuchałam. Że dziecko głupsze potem, że mniej sprawne, że wolniej się rozwija… A i więź gorsza, bo nie utulone ciałem do ciała tuż po pojawieniu się na świecie…

  • Sprawiłaś, że się poryczałam jak małe dziecko..świetny tekst, przypomniał mi się mój poród,który skończył się CC.

    • Dziękuję. :) Nawet, jak są komplikacje, to i tak jedno z najpiękniejszych wydarzeń w życiu, jak ma się tego maluszka przy sobie. :) Pozdrawiam!

  • Witam ,sama rodzilam naturalnie Ale nie mam podejścia do cc że to takie proste poród to poród i tak naprawdę nikt nie ma prawa tego Oce iść jaka droga dzidziuś przyszedł na świat ważne aby życie matki i dziecka było w porządku.dziś natrafiłam na P. Profil na instagramie i dziś weszłam tu przeczytać tak ważne informacje

  • Ja nie rozumiem niektórych kobiet, które mówią że poszła na łatwiznę, że nie rodziła naturalnie. Ale przecież cc też jest bolesne, nie sama operacja ale po … ja miesiąc dochodziła do siebie podczas gdy inne mamy kilka godz po porodzie latały już z dzieckiem po oddziale. Wcale nie uważam się za gorszą matkę bez więzi z dzieckiem bo muslam CC! A poza tym jaką matką jestem oceni moje dziecko a nie obcy ludzie, którzy nawet mnie nie znają!

  • Kochana za każdym razem gdy Cię czytam znajduję jakąś część własnej historii.Ja syna urodziłam w 33 tyg. ciąży przez cc. I jak pomyślę o tym tych chwilach to też dostaję ciarek.

    • Miło mi! :) Jejku, to w ogóle wcześnie bardzo. Też musiałaś przeżyć swoje. Pozdrawiam Was. 😉

  • Rodziłam naturalnie i nie zamieniałabym tego na cc. Oczywiście nie ma to nic wspólnego z tym co niektórzy twierdzą, że cc nie jest porodem itp. Najzwyczajniej w świecie bardziej boje sie operacji i późniejszego dochodzenia do siebie. Z mojego punktu widzenia cc i poród naturalny są tak sami trudne, chociaż w inny sposób.

    • No tak. Pamiętam, jak na poporodowym jedne narzekały, że nie mogą stać, a inne, że siedzieć. 😀

  • Śliczny z Blanki był noworodek :) Dzieci z cesarskiego cięcia są takie gładziutkie, nie wymęczone, jak ktoś wstawia gdzieś zdjęcia noworodka od razu widać czy sn czy cc :) Czy tylko ja widzę tą różnice?

    Teraz tez uważam, że poród jak poród i liczy się to co było potem, ale swój poród cc przeżyłam bardzo i do dziś mam lekką traumę… Słowa "Zagrażająca zamartwica płodu" w książeczce zdrowia mojego dziecka również przyprawiają mnie o dreszcze…

    • To prawda, buziulki śliczne :) Ale z drugiej strony, jak ja miałam wcześniejsze wskazania do CC przez miednicowe położenie, to mała miała taki mocno specyficzny kształt główki. Jak kask. Podobno tak mają wszystkie dzieci, co są dupką do wylotu. 😀

      Ja też mam trochę traumę. Sama wolę sobie nie wyobrażać, co byłoby w drugiej ciąży, jak już tyle wiem i tyle przeżyłam…

  • Ja, szczerze mówiąc, od początku bałam się cesarki…Nigdy nie uważałam, że to pójście na łatwiznę, bo może i samego bólu jest mniej (nie wiem, nie mam porównania, bo udało mi się urodzić naturalnie, choć po wielu godzinach bólu i braku nadziei już pod koniec), ale za to potem jak szybko dochodzą do siebie te matki, które rodziły sn (i nie miały nacinanego krocza!). Wszystkie idziemy do szpitala z jedną misją- wydać zdrowe dziecko na świat, nie ważne jaką drogą :)

    • U mnie to trwało ze dwa tygodnie… Takiego zsuwania się z łóżka w bólach. Dopiero jak zerwałam się z łóżka, jak na sprężynach, na równe nogi, bo mylnie zawył monitoring oddechu u małej, to zaczęłam normalnie funkcjonować. Tak się wyćwiczyłam. 😀

  • Moja córa też została wyjęta z brzucha przez cesarskie cięcie, nie czuje się z tego powodu gorszą matką. Ważne że jest zdrowa :)

  • Anonimowy

    Jak czytam ten tekst to jak byś kochana opisywala mnie tez tak bardzo się balam nic się nie liczylo tylko moja córeczka.balam się naturalnego porodu.ale z czasem wszystko przechodzi nie wiem dlaczego kobiety mysla w tak zróżnicowany sposób powinno się tylko dziecko liczyć a poród jaki by nie był to nie jest takie ważne :)

    • Właśnie. Poród się szybko zapomina, bo to leci na takiej adrenalinie, że człowiek jest jak na dragach. A cudne dzieciątko zostaje. :) Oj, tylko my matki, wiemy, ile się nazamartwiamy o te maleństwo. Zdecydowanie wolę mieć córkę już na zewnątrz. :)

  • Za mało się mówi, że cc to nie fanaberia. http://mama-to-wie.pl/blog/3-prawdy-o-cieciu-cesarskim/.

  • Gratuluje ślicznej córeczki, wiem doskonale co czułaś. Przechodziłam to samo 5 miesięcy temu z tym, że dla mnie cc było totalnym zaskoczeniem. Dzięki niemu moja córeczka, żyje i ma się świetnie. Historie mojego cc opisałam tutaj http://mymami.pl/cesarskie-ciecie-to-nie-porod-matka-matce-wilkiem/

    • Dziękuję i również gratuluję! Wszystkiego dobrego dla Was! :) Chętnie zajrzę i przeczytam… :) Pozdrawiam!

  • Ja rodziłam naturalnie, ale uważam, ze nie ma znaczenia w jaki sposób dziecko przychodzi na świat. Jak czytam czasami przepychanki słowne kobiet jaki sposób porodu jest lepszy albo wypowiedzi, że cesarka to nie poród to brak mi słów. W szczególności, że niektóre wypowiedzi są naprawdę wredne a przecież nie ma znaczenia jak się urodzi ważne, że dziecko jest zdrowe :)

    • Dobre słowo "wredne". Nigdy chyba nie zrozumiem, czemu my kobiety takie dla siebie jesteśmy… Niektóre z nas na szczęście tylko.

  • Poród dopiero przede mną, ale absolutnie się zgadzam, że nie ważne jak on się w efekcie zakończy, najważniejsze, to żeby moje dziecko urodziło się całe i zdrowe, a ja żebym wyszła z tego obronną ręką :) niestety, oceniać jest bardzo łatwo – taka przywara naszego społeczeństwa.

    • Tak, u nas każdy ma najlepiej i wie najlepiej… W takim razie szczęśliwego, prostego i w miarę możliwości mało bolesnego porodu życzę! :)

  • Początek Twojej historii zupełnie jak u mnie. Malobwod plodowych, ułożenie miednicowe, kontrola na patologii ciąży. Ale ja wyszłam z zaplanowanym cięciem za dwa tygodnie (na tydzień przed terminem porodu). Ze mną leżała na sali dziewczyna po nieudanejbprobie porodu naturalnego, miała następnego dnia iść do domu, bo miała jeszcze do terminu kupę czasu. I miała identyczną sytuację jak Ty. Lekarz zerwał z niej po prostu pasy od kry, wziął za rękę i biegł z nią na trakt porodowy. Po drodze kapcie zgubiła. Po 15 minutach jej synek był na świecie.
    Także rodzilam przez cc i wkurzam się jak ktoś mi mówi… Eee.. To dobrze Ci, nic cię nie bolało. Hahahaha.
    Tak. Nie bolało w trakcie operacji. Ale później zdychalam cały tydzień, bo miałam jeszcze zespół popunkcyjny…
    Także rzeczywiście nie urodzilam :-p i na pewno bez bólu 😉

    P.S ta akcja na patalogii ciąży była właśnie w Wołominie.

    • To są takie emocje. Widać nawet po personelu w jakim są wtedy stresie.
      A co do cc, to tak nie bolało… Ja się zsuwałam z łóżka w bólach przez jakieś 2 tygodnie… A i do tej pory mam takie dni, że okropnie rwie mnie w tamtych miejscach.
      Ps.: Może my w ogóle u tego samego lekarza rodziłyśmy… 😉 😀

      • Mnie prowadziła dr Borodij i ona robiła cięcie, asystował jej dr Kopko 😉 a tak to miałam przyjemność poznać też dr Laskowskiego no i oczywiście kochanego ordynatora 😉

        • To u mnie przyjmował poród dr Lipa. Ale dr Borodij też poznałam na patologii ciąży. :) Teraz też prowadziła ciążę mojej koleżanki i była z niej bardzo zadowolona. 😀 Haha, jeszcze może przy drugim dziecku się gdzieś spotkamy na porodówce. 😀 Świat mały taki jest.

          • Tego doktora akurat nie miałam przyjemnosci poznać 😉 a z dr Borodij jestem zachwycona, druga ciąża też tylko u niej :-) kto wie? 😉

Wszystkie zdjęcia i treści na blogu są moją własnością. Nie wyrażam zgody na ich kopiowanie bez mojej wiedzy. Copyright © 2016 Chichotkitrzpiotki.pl