DSC_056728329

Mi nigdy się nie uda…

Jeszcze dwa lata temu tak myślałam. Nigdy nie przytulę naszego własnego dziecka. A co jeśli coś stanie się mojemu mężowi…? I zostanę całkiem sama z mieszkaniem pełnym wspomnień i z wolnym pokoikiem, który czeka na urządzenie, a już zawsze pozostanie pusty…?

Wcale nie jest mi łatwo o tym pisać. Wszystkim zawsze jawię się jako wprost infantylnie beztroska blondynka, której los sprzyja i która patrzy na życie przez różowe okulary. Pewnie wy, moi wirtualni goście, też tak myślicie, czytując moje wpisy, które nawet jeśli mówią o jakichkolwiek trudach, nasycone są sporą dawką optymizmu. No nie zawsze tak było. Miałam w moim życiu czas, w którym byłam taką okropna pesymistką, że aż sama ze sobą wytrzymać nie mogłam. I pewnie nikt oprócz mnie do końca nie wie, jak bardzo sama siebie wtedy dręczyłam, bo raczej nie uzewnętrzniam swoich smutków, wolę celebrować miłe chwile, a te złe zamiatać pod dywan. Ale tym razem wspomnę też te trudniejsze. Mamy grudzień, czas wysyłania pozytywnych wibracji, a i koniec roku, moment w którym przychodzi czas na zmiany. Niespełna dwa lata temu, właśnie na początku nowego roku moje życie odmieniło się. Zobaczyłam na teście dwie kreski w momencie, w którym najmniej się tego spodziewałam i już nawet przestałam na to czekać. Piszę ten wpis właśnie dlatego, że życie pokazało mi, jak wiele daje pozytywne myślenie i że gdy zadręczamy się myślami o niepowodzeniu, nasze szanse na spełnienie marzeń maleją z zawrotną prędkością. Zwłaszcza, jeśli chodzi o coś tak ważnego, jak zostanie mamą…

Ale zacznijmy od początku. W moim życiu wszystko zawsze układało się po myśli. Z małymi potknięciami, o których szybko zapominałam. Miałam wesołe dzieciństwo, mamę – przyjaciółkę, a gdy tuż przed 20-tymi urodzinami pomyślałam sobie, że czas już poznać tego jedynego, po dwóch tygodniach spotkałam mojego męża. Po 10 miesiącach byłam zaręczona, po półtora roku był ślub i wesele jak z bajki. W między czasie skończyłam studia na jedynym dla mnie słusznym kierunku, praca sama mnie „znajdywała”. Wszystko szło wprost idealnie. Niespełna rok po ślubie stwierdziliśmy „A może zrobić sobie dzidzię?”. Minął miesiąc. Nic. Trzy miesiące. Nadal nic. Po pół roku zaczynałam się martwić. „Co jest?” – myślałam. Przecież jestem młoda, zdrowa. Miało się udać od razu! O co chodzi? 

Poszłam do lekarza. Usłyszałam „Jajniczki to ma pani jak kalafiorki.”. Później badania hormonalne, wyniki i diagnoza, która wbiła mnie w ziemię – zespół policystycznych jajników. Od razu przypomniałam sobie, jak na studiach dorabiałam redagując teksty do portalu medycznego. Gdy opracowywałam temat z chorobami „kobiecymi” i pisałam o PCO, bo taki ta choroba ma skrót, pomyślałam, „Co za okropne choróbsko?”. Współczułam kobietom, które na to cierpią. A teraz mam być jedną z nich? Zaczął się istny rajd po lekarzach. Wydawaliśmy ostatnie pieniądze na prywatne wizyty u tych „najlepszych”. W międzyczasie okazało się, że ja żadnych policystycznych jajników niby nie mam, ale może cukrzycę, a nie, jednak nie mam, może tarczyca nie działa dobrze, no to zobaczmy, może w trakcie hospitalizacji coś wyjdzie. Przeleżałam 5 dni na oddziale endokrynologii, pokłuta we wszystkich możliwych miejscach, sikająca na zawołanie do różnych pojemników, które non stop przynosiły mi zdegustowane pielęgniarki. Przez cały ten czas praktycznie całkiem straciłam wiarę w medycynę. Miałam wrażenie, ze to wróżenie z fusów. Dostawałam ciągle to nowe leki, po których czułam się fatalnie, a które nagle okazywały się być pomyłką… Wszystko wydawało mi się niekonsekwentne. Nawet podejście do pacjentek. Niby każą zachodzić w ciążę przed 30-tką, a jak przychodzi do nich 24-latka i mówi, że chce mieć dziecko, a od roku nie wychodzi, patrzą, jak na głupią szczylówę, co jej się zachciało pobawić w mamę.

W końcu odpuściłam. Oczywiście tylko pozornie. Postanowiłam czekać. Badania hormonalne były bardzo kiepskie, ale może to tylko tymczasowe. Tak z resztą mówili lekarze. Kupowaliśmy testy owulacyjne w hurtowych ilościach. Robiłam je codziennie. Nic. Owulacji nie wykrywałam przez kolejne pół roku. Miałam to szczęście w nieszczęściu, że w międzyczasie o dziecko starali się nasi bliscy znajomi. Wymienialiśmy się doświadczeniami. Czuliśmy się jakoś tak raźniej. Dookoła rodziły się dzieci, wśród znajomych, rodziny. Ciągłe wieści o ciążach. Zazdrość kłuła mnie w sercu, gdy dowiadywałam się o „wpadkach” koleżanek. Nie lubiłam tego uczucia, czułam się złym człowiekiem, choć tak naprawdę przecież dobrze życzyłam tym przyszłym mamom i ich maluszkom. Ale czemu nie jestem w ich gronie? Czemu jestem gorsza? Czemu to nie ja będę tulić maluszka, skoro my tego pragniemy, a dla nich to komplikacja? Nie byłam w stanie powstrzymać tamtych myśli. W rezultacie, czy to z mojej winy, czy z ich, poodcinałam się od „dzieciatych” znajomych. Nie pasowałam do nich, jeszcze namacalniej czułam to, czego mi brakuje. A może to oni, nie wiedzieli, jak z nami rozmawiać…

Rozważaliśmy w tym czasie różne scenariusze. Może in vitro? Może adopcja? Spełniamy przecież wszystkie warunki! A może po prostu czekać? Cieszyć się wolnością, podróżami… Tak cieszyć! Bardzo pozornie. „To pewnie w ogóle moja wina.” – wyrzucałam sobie. Po co na początku robiłam testy ciążowe drżąc z palpitacjami serca, że będę w niechcianej wtedy jeszcze ciąży. Po co planowałam wszystko, chciałam, żeby było zgodnie z moim harmonogramem, po kolei. Bez planu byłoby lepiej. Wszystko było tak jak chciałam, jak wymyśliłam, aż do teraz. Jeszcze większy żal do losu. Im wyżej wleziesz, z tym większym hukiem spadniesz…

Od naszych starań minęły wreszcie prawie dwa lata. Zdążyliśmy wprowadzić się do własnego mieszkania. Pokoik dla dziecka czekał. Ale pusty, żeby nie zapeszać. W końcu, gdy z każdym miesiącem nadzieja malała, pokój stał się zwykłą graciarnią. Wreszcie zrobiliśmy tam gabinecik z biurkiem. Po co się łudzić, że kiedyś zamieszka tam bobasek…

Wreszcie do akcji wkroczyła moja mama. Jako wiedźma, czyli kobieta, która wie ;), wynalazła mi mnóstwo sposobów na podkręcenie płodności. Pilnowała, bym mimo uczucia rezygnacji działała. W tym czasie, moja wspomniana koleżanka, która też się „starała” wyczytała w internecie o leku ziołowym bez recepty, który podobno pomagał innym dziewczynom, w tym konkretnym hormonalnym problemie, który miałam. Zaczęłam ćwiczenia bo niby wyrównują poziom hormonów, zaczęłam brać ten lek, jeść różne zdrowe rzeczy, które podsuwała mi mama, a podobno podkręcały płodność. Nie miałam już co prawda serca do całej tej akcji. Przecież i tak się nie uda!

Na szczęście ta pomoc w zajściu w ciążę, którą otrzymałam od bliskich osób, zbiegła się z tym, jak poczułam się pierwszy raz od dłuższego czasu szczęśliwa. Na nowo „zakochałam” się w moim mężu. „Czego jak chcę?”, myślałam wtedy. Przecież jest dobrze. Jestem młoda, mam super męża i fajne życie. Wyjechaliśmy wtedy na romantyczny, jesienny wyjazd w góry. Pogoda dopisywała, słońce napawało optymizmem. Nie myślałam już o tej ciąży. Później były pierwsze Święta Bożego Narodzenia w naszym mieszkaniu. Byliśmy bardzo blisko siebie, było nam razem, we dwoje dobrze. Później wesoły i pełen beztroskich imprez początek karnawału. Aż w końcu poczułam się jakoś dziwniej… Mój organizm dawał mi znaki.

Po kilkumiesięcznej przerwie w obsesyjnym sprawdzaniu płodności, wykonałam test owulacyjny. I jest! Pozytywny! „Jeju, wreszcie! Nie, nie wierzę!”. Zrobiłam kilka kolejnych.  Okazało się, że to prawda. Nawet nie wyobrażacie sobie jak nie mogłam doczekać się momentu w którym będę mogła zrobić test ciążowy. W końcu minął odpowiedni czas. Zrobiłam. Poczucie porażki, gdy zobaczyłam tylko jedną kreskę całkowicie mnie rozbiło. Postanowiłam wybić sobie całą tą ciążę z głowy. To nie dla mnie i postanowiłam się z tym pogodzić. Ale po jakimś tygodniu od tego negatywnego testu, znów bardzo dziwnie zaczęłam się czuć. „Zrób test” usłyszałam od męża. „Po co? Myślisz, że coś wyczarujesz?” Odpowiedziałam z agresją, bo już męczył mnie ten temat. Ale na odczepnego, zrobiłam. Wyszły dwie kreski! „Jakiś lewy pewnie ten test.” – zgorzknienie nie robiło miejsca dla radości. Mąż poleciał do apteki po kilka kolejnych, każdy innej marki. Wszystkie pozytywne! Ojeju, czy to sen?

To nie był sen. Byłam w ciąży! Radość, ale i strach, że coś pójdzie nie tak, sprawiały, że żyłam jak w jakimś transie. Przyszła kolejna trudna chwila. Musimy powiedzieć o wszystkim naszym przyjaciołom, którzy też się starali. W końcu mieliśmy razem zaplanowany wyjazd na narty do Austrii, a ja teraz jechać nie mogę. Poza tym, należy im się prawda. Powiedzieliśmy to, choć ja sama w pewnym sensie wstydziłam się tego mojego szczęścia, bałam się, że ich nim zranię. Widzieliśmy w ich oczach radość z tego, że nam się udało. Ale i odrobinę własnego smutku z nutką nadziei. Skoro nam się udało, może im też, ale może lepiej się nie łudzić? Nigdy wcześniej za nikogo tak mocno nie trzymałam kciuków. I wiecie co? Po miesiącu oni też zobaczyli na teście te wymarzone dwie kreski! Nadzieja i pozytywne myślenie działają cuda!

Życzę wszystkim starającym się o dziecko parom, by przywitali na świecie własne dzieciątko! Nam udało się po dwóch i pół roku. Niepłodność to nie bezpłodność. Niepłodność jest czasowa, większość par, która nie może mieć dzieci w danym momencie życia, mimo wszystko ma szanse! Przekażcie ten wpis dalej. Może komuś, kto traci nadzieję, choć trochę on pomoże. Bardzo bym chciała!



O autorze -



  • Tak bardzo się cieszę, że się udało :) Ja mimo wady macicy szczęśliwie zaszłam w ciąże a miało to być nie do zrobienia i urodziłam zdrowego już teraz 3 latka :) Szczęśliwego Nowego Roku !

    • Wszystkiego dobrego dla Was! Oby takich kobiet, jak my, którym się udało, było jak najwięcej! :) Wszystkiego dobrego w Nowym Roku!

  • Miałaś trudną drogę do pokonania by zostać mamą ale najważniejsze, że się udało i teraz możesz się tylko cieszyć małym wielkim szczęściem :)
    Zawsze jest na odwrót, Ci co chcą nie mogą, a kto nie chce – ma od razu… I w moim przypadku się to sprawdziło.

    • Też zauważyłam taką zależność. 😉 Ale to tylko dowód na to, jak ważna jest tu psychika…

  • Nie znam problemu starania się o dziecko, bo zanim zaczęliśmy się starać na poważnie już byłam w ciąży. Jednak przed ślubem i zaraz po byłam u kilku ginekologów i za każdym razem słyszałam, że może być problem z zajściem w ciążę.
    Raz nawet usłyszałam, gdy zaraz po ślubie i nerwach z nim związanymi na próżno wyglądałam okresu, usłyszałam, że raczej nigdy nie zajdę w ciążę… Głupia byłam i w to uwierzyłam, a kiedy tydzień później miałam na teście ciążowym wielkiego +, to umierałam ze strachu, że to jakiś nowotwór. Dopiero inny lekarz przekonał mnie widokiem bijącego serduszka na USG, że jednak jestem zdrowa.
    Cóż, wcześniejszy lekarz się pomylił i rozpoznał ciężkie zaburzenia hormonalne oraz niedorozwiniętą macicę w 5 tygodniu ciąży.

    • Super, że tamten się pomylił. :) Ale strachu się pewnie najadłaś… Tak to jest z tymi lekarzami. Nie zawsze można im ufać. A w różnych przypadkach, lekarz opinię innego lekarza boi się podważać i robi się panika. A na wszystkim cierpi pacjent. Zwłaszcza przykre to jest, jeśli chodzi o tak ważny temat jak nowe ŻYCIE.

  • Bardzo ważny tekst. Chociaż problemu z zajściem nie miałam, znam osoby, które mają. Psychika bardzo wiele ma tu do rzeczy. I niestety! Czasem aż strasz pójść do ginekologa, bo każdy co innego mówi… I komu tu wierzyć?

    • Niestety, ginekolodzy nie zawsze się sprawdzają. Ja chodziłam do takiego, który łaziła nawet po śniadaniówkach i się wymądrzał, a mi przepisywał leki, które mało nie zniszczyły mi zdrowia, a okazały się zupełnie niepotrzebne, wręcz szkodliwe.

  • Nie wiem co się dzieję że coraz więcej osób ma problemy z zajściem w ciążę.. Ale tak strasznie współczuję wszystkim, którzy mają ten problem!
    I to jedna z wielu historii, w których była taka sytuacja że gdy kończy się to ciśnienie na bycie w ciąży to nagle okazuje się że są dwie kreseczki :) Oby jak najwięcej takich dobrych zakończeń :)

    • Oby jak najwięcej! :) Chociaż też coraz częściej słyszę o tych problemach i to nawet u bardzo młodych par, niby bardzo zdrowo żyjących itp… :/

  • Witaj Kochana…bardzo wzruszający, a zarazem pełen nadziei wpis. Bardzo się cieszę, że Wam się udało! Zawsze trzeba wierzyć, że się uda i na świecie pojawi się ta najcudowniejsza, powstała z nas istotka :-) Bardzo spodobało mi się to zdanie: Niepłodność to nie bezpłodność. Niepłodność jest czasowa, większość par, która nie może mieć dzieci w danym momencie życia, mimo wszystko ma szanse!

    Zawiera w sobie ogromny sens!

    • A to prawda. Niepłodność jest czasowa. Mam wokół siebie sporo takich przypadków. Par, które nie mogły, a nagle ozdrowiały, albo w drugą stronę pierwsze dziecko pojawiło się od razu, a na kolejne czekają latami i nic… :/

  • Przeczytałam ten tekst mając w oczach łzy. Łzy, bo rany jakie zadało mi życie kilkukrotnie są nadal świeże. Mam jedno dziecko, jedno dziecko które przyszło dosłownie w momencie kiedy o nim pomyśleliśmy – tak od razu, bezproblemowo. Ciąża była trudna ale udało się! Utrzymaliśmy ją… ale teraz wiem – to był przypadek. Przypadek, że udało mi się urodzić ZDROWE dziecko, że w ogóle donosiłam.

    Nadziei jednak nie tracę… chociaż ten rok nie był dla nas łaskawy i limit szczęścia wyczerpaliśmy podczas przeprowadzki to liczę na to, że kolejny rok będzie tym cudownym. Tym, który nas w 100% spełni.

    Pozdrawiam, MG

    • Kochana, bardzo mocno trzymam za Was kciuki! Nie traćcie nadziei i przede wszystkim cieszcie się rodzinnym szczęściem i tą miłością, którą możecie dać swojemu dzieciaczkowi. Wszystkiego najlepszego w Nowym Roku, samych cudowności! :)

  • No bo marzenia się spełniają! Tylko trzeba w nie wierzyć!

  • Czasem problem tkwi w głowie – my staraliśmy się o dziecko ponad rok. Ale mąż jeździł wtedy na kontrakty – kiedy tylko padła decyzja, że nie będzie już wyjeżdżał – po miesiącu byłam w ciąży. Chyba potrzebowałam go mieć blisko po prostu 😀

    • Biologia robi swoje. :) "Samiec" musi być na straży, na miejscu. 😉 Fajnie, że też się Wam udało i trochę krócej czekaliście. 😉 Tak, "głowa" jest tutaj bardzo ważna…

  • Bardzo ci dziękuje za ten wpis :* I bardzo się cieszę razem z Tobą że się Wam udało! Ja jestem z tych szczęściarzy co się jeszcze na dobre starać nie zaczęli, a już ciąża była, ale spotykam na swojej drodze baaardzooo wiele par które starają się o dzieci i nie mogą się doczekać upragnionego maluszka. Dzięki twojemu postowi lepiej ich wszystkich rozumiem i jeszcze bardziej będę za nich trzymać kciuki!

    • Miło mi to czytać. :* Trzymaj za nich bardzo mocno kciuki, bo tutaj dobra energia też robi swoje. Bardzo w to wierzę. 😉

  • brawo za tak osobisty tekst. Ja starałam się pół roku, a i tak dopadały mnie różne myśli a co dopiero 2.5 roku. Dobrze, że miałaś przy sobie bliskich, którzy otoczyli Cię miłością, wsparciem i pozytywnym myśleniem. Wierzę, że każdy rozdział w naszym życiu ma nas czegoś nauczyć. (Houston mamy dziecko)

    • Też tak myślę. Ja się zawsze lubię śmiać po czasie nawet ze smutnych chwil i zawsze powtarzam, że to było po to, żebym z moim histerycznym charakterem aż tak często się nie wściekała na moje dziecko. 😀 Super, że Wam się udało! Pół roku to też nie mało, jak się bardzo chce. Pozdrawiam Was! 😉

  • Miałam to szczęście, że nie musiałam długo starać się o dziecko. Dwie kreski pojawiły się bardzo szybko. Mam jednak bliską mi osobę, która stara się o rodzeństwo dla swojego synka już od 8 miesięcy bez skutku. Badania nie wykazują żadnych nieprawidłowości, a jednak coś jest nie tak.
    Cieszę się, że Tobie się udało :)

    • Też znam takie pary, które z drugim dzieckiem mają problem. Ale to tylko dowód na to że kłopoty z płodnością są czasowe.oby im się udało!

  • nie wyobrażam sobie żyć w takiej niepewności. Wiem, że wiele kobiet z takimi problemami się boryka. Na szczęście Wam się udało! Życzę Wam dużo szczęścia i przede wszystkim zdrówka

  • Ja z punktu widzenia medycyny nigdy nie powinnam mieć dzieci ( bo, że niby się nie da?!)! A tu masz Ci babo placek…;))) Pozdrawiamy ciepło!:)))

    • Super! Życie czasami zaskakuje i dzieją się cuda… Pozdrawiam również! :)

Wszystkie zdjęcia i treści na blogu są moją własnością. Nie wyrażam zgody na ich kopiowanie bez mojej wiedzy. Copyright © 2017 Chichotkitrzpiotki.pl