DSC_0241

Jak stałam się (matką) lwicą…

Nic tak nie odmienia kobiety, jak macierzyństwo. Nic tak nie uczy życia, jak odpowiedzialność za drugiego, malutkiego człowieka.

„Zobaczysz, jak będziesz mamą”… Ileż, ja razy to słyszałam? W rodzinie, w pracy. Myślałam sobie „Bullshit, matki polki mitomanki! Co mam się zmieniać? Jestem, jaka jestem!” A jaka byłam? Z jednej strony przebojowa, towarzyska, „wyszczekana”, gadatliwa… Ale jak przychodziło co do czego, w głębi duszy przeżywałam wszystko po stokroć. Jakieś stresy w pracy? Noc nieprzespana! Ktoś powiedział mi coś przykrego?  Broniłam się niby, ale tak grzecznie, bojąc się wejść z kimś w konflikt. A z tym baniem się różnych rzeczy, to byłam niesamowita, męczyłam i siebie i innych. Ja nawet do lekarza musiałam iść z obstawą męża siedzącego pod gabinetem i przesyłającego mi przez ścianę pozytywne wibracje. Więcej przykładów? Starania o dziecko, a więc badania, to pobieranie krwi. U mnie już na dobę przed,ściskanie w żołądku. W końcu jest, ciąża. Ojeju, ale trzeba będzie w końcu urodzić, co ja zrobię, umrę z bólu? Ufff, jest, będzie cesarka! Ale co? Cewnik, wkłucie w kręgosłup… Ratuuunku! Byłam trochę jak te małe pieski, co najgłośniej szczekają, ale jak przychodzi co do czego, chowają ogon pod siebie… A teraz, teraz to ja jestem prawdziwa lwica! Już trochę odmienił mnie trudny poród, o którym kiedyś na pewno wam napiszę. Ale tak  najbardziej, „kopa” do twardego stąpania po ziemi dało mi moje dziecko. Choć myślałam, że już zawsze tak będzie, że ktoś się MNĄ opiekuje… A to rodzice, a to mąż. I pewnie nadal po części tak jest. Ale moim dzieckiem umiem się zająć ja i jestem wtedy taka twarda baba, że ho! ho!…

 

Jak kobieta zmienia się po narodzinach dziecka? Bo zmienia się, serio!

 

Matka lwica wychodzi z ukrycia

Zaczęło się już w szpitalu. Po cesarce wykonywanej na cito, na miesiąc przed terminem miałam absolutny brak pokarmu. Mała była szalejąca z głodu, a mi tylko ciągle kazali ją przystawiać do piersi, z której nic nie leciało. Uciskali mi te cycki, ugniatali, a tam nic. Ale co? Dalej przystawiać. Mąż chodził, prosił o mleko modyfikowane, dostawał sporadycznie po jednej buteleczce. A więc ja, do niedawna ciapciak, który siedziałby cicho, wyleciałam z sali i zgięta w pół, mimo bólu którego do tej pory bałam się wprost panicznie, pognałam „na noworodki”. Zrobiłam tam karczemną awanturę na cały oddział i choć z wycieńczenia po porodzie, przy tych całych nerwach, omal nie omdlałam, to uzyskałam wreszcie przydział od lekarza na mleko modyfikowane. Gdy wróciłam na salę, usiadłam na łóżku i nie mogłam wydobyć z siebie słowa. Nie byłam w stanie uwierzyć, że aż tak się zmieniłam. 

 

Dorosłam z dnia na dzień…

Takich przykładów jest więcej. Umiem walczyć o dobro mojego dziecka, umiem być też dla niej wsparciem. Kiedyś, jak wyobrażałam sobie siebie, jako matkę, myślałam, że w takich momentach jak szczepienie, czy pobieranie krwi będę histeryzować bardziej, jak maluch. A teraz… Owszem, przykro mi, że mała cierpi, ale uruchamia się we mnie jakaś siła, która mówi „będziesz spokojna, dasz spokój i jej”. Wiec jestem spokojna, mówię czułe słowa, głaszczę po głowie, ale zachowuję przy tym zimną krew. I to działa. Ba! Nawet czasami rozładowuję też przy okazji stres mojego męża, który w drugą stronę, wraz z pojawieniem się dziecka nabrał większej łagodności i nie umie spokojnie patrzeć na takie sytuacje… I choć, jak to przeczyta to pewnie stanowczo zaprzeczy, że czasami to ja jestem silniejsza, to i tak wiem, widzę to w jego oczach, jak bardzo jest czasem zadziwiony zachowaniem kobiety, którą zna już 7 lat. Widzę w tych oczach dumę i szok. Bo jak mnie poznał, byłam roztrzepaną 19-latką, trochę kobietą, ale bardzo mocno jeszcze dzieckiem, takim do zaopiekowania. A teraz?

Jestem teraz silna. Oj bardzo! I niech mi tylko ktoś powie coś na moje dziecko, tak, że mogłabym to odebrać, jako negatyw. Niech mi ktoś ją spróbuje skrzywdzić, zrobić przykrość…

To oczy powydrapuję!!! I nawet przez chwilę się nie zawaham. Jestem zołzą? Nie, po prostu jestem już kobietą, która potrafi walczyć o siebie, o swoje dziecko, o rodzinę. Zmieniłam się, z dnia na dzień dorosłam. Dzięki niej! …i uwielbiam nową siebie. Sama czuję się ze sobą bezpieczniej.

No było na poważnie. A skąd w ogóle te przemyślenia? Zainspirowała mnie do nich Marta, z bloga, który lubię i regularnie czytam – Mutrynki.pl. Marta zaczęła u siebie cykl „Czego nauczyło mnie moje dziecko?” i zachęciła do opowiadania własnych historii. To moja już jest! Moje dziecko nauczyło mnie być silną babką! A Wasze?

 



O autorze -



  • Natalia Twoje podsumowanie zabrało mi wszystko co chciałabym napisać ;). To niesamowite jaką my kobiety mamy siłę i jak to wszystko się w Nas zmienia po porodzie, w Twoim przypadku godziny po porodzie!
    Uwielbiam takie historie, ciszę się że mogłam ją poznać :)

    • A ja się cieszę, że mnie zainspirowałaś do tych przemyśleń. 😉 Jak tak to sobie spisałam, przemyślałam, to jestem jeszcze bardziej dumna z tej odmiany. 😀

  • Opisałaś dokładnie moje przeżycia z czasów gdy urodziłam pierwsze dziecko. Ja, która świeciła zawsze światło w całym domu ze strachu przed ciemnością, chodziłam po domu po ciemku z taką mocą, że nawet wymyślone potwory musiały się mnie bać 😀
    Co te hormony robią z kobietami…

    • Ha! I ja się bałam ciemności i już się nie boję! Czad! Myślałam, że byłam dziwna… 😀

  • Dzieci inspirują nas na wiele sposobów :)
    Bardzo podoba mi się ta akcja i jak tylko znajdę czas – to chętnie dołączę.

    • Zachęcam. Współpraca blogowa z Martą z Mutrynek to sama przyjemność, miła z niej dziewczyna. :) Ale z tego co wiem, to czas akcji trwa do 30 listopada. :)

Wszystkie zdjęcia i treści na blogu są moją własnością. Nie wyrażam zgody na ich kopiowanie bez mojej wiedzy. Copyright © 2017 Chichotkitrzpiotki.pl