wyprawka - jakich błędów unikać

5 błędów naszej wyprawki

Ciąża nie jest stanem pełnej świadomości umysłowej… 😉 No przynajmniej u mnie nie była. :) Nic więc dziwnego, że poczyniłam tyle błędów przy komponowaniu najważniejszych rzeczy dla maluszka… To temat rzeka. Wyprawka – jakich błędów unikać?

Temat wyprawki przerabiałam już ładnych kilkanaście miesięcy temu
(Boziuu, jak ten czas leci). Ale dopiero ostatnio go sobie dokładnie
przemyślałam, z powodu ciąży mojej koleżanki. Tak sobie rozmawiamy o tym
kupowaniu wszystkich „niezbędnych” rzeczy dla maluszka. I dochodzę do
wniosku, że wiele z nich jest jednak niepotrzebnych. Ale z drugiej strony,
wielu rzeczy nie kupiłam na początku, albo wybrałam tańsze zamienniki, a potem
żałowałam. No to zaczynamy moją wyprawkową spowiedź.

Wyprawka – jakich błędów unikać przy jej gromadzeniu?

1. Syndrom papugi
Uwielbiam pastele. W mojej szafie znajdziecie głównie pudrowy róż,
beże, szarości i czerń. Latem też miętę, błękit, waniliową żółć. Mocne,
intensywne kolory wybieram niezwykle rzadko. W ciąży mi się zmieniło. Miałam
potrzebę rzucania się w oczy i świecenia wprost swoim cudownym, odmiennym
stanem. Mało, że sama ubierałam się czasem jak papuga, to i dla Blanki
kupiłam ubranka w mocnych kolorach.
 Malinowy, czerwony, fioletowy…
Te kolory mnie kusiły. Im bardziej waliło po oczach tym lepiej. No
ale tuż po porodzie syndrom papugi mi minął i te ubranka przestały mi się
podobać. Jednak to mniej istotne. Noworodkowi dosłownie co chwila coś się
pierze. Mocne kolory, na super naturalnych tkaninach, a przecież
własnie takie są wskazane dla maluszków, momentalnie się spierają.
Efekt był taki, że Blanka wyglądała bidnie i byle jak. Ubranka na
rozmiar 56 na szczęście maluch nosi krótko. Te na 62 kupiłam już jasne i
zdecydowana większość wygląda super. Nadaje się do oddania znajomym, albo
przetrzymania dla kolejnego dzieciaczka.
2. Ciążowe gadżeciarstwo
Oj ile ja nakupowałam wszystkich niby koniecznych do
funkcjonowania maluchowi gadżetów. Większości użyłam może dwa-trzy razy. Nawilżacz
powietrza?
 Owszem pomieszczenie w którym mieszka maleństwo musi mieć
odpowiednią wilgotność, ale wystarczą zawieszane na kaloryferze pojemniki z
wodą. My kupiliśmy wielki baniak, upierdliwy do napełniania i mycia. W
rezultacie korzystaliśmy z niego tylko wtedy, jak w powietrzu było już naprawdę
bardzo sucho.
Drugi nasz gadżet, który okazał się bardzo mało potrzebny to farelka
kupiona by nagrzewać pomieszczenia przy kąpieli
. Jedyne co mnie
usprawiedliwia, że ją kupiłam, to fakt, że Blanka urodziła się w momencie, jak
już niby minęło lato, a jeszcze nie rozpoczął się sezon grzewczy. Wszystkim
tym, którzy mieszkają w domach, a nie w blokach, albo witają dziecko na świecie
w bardziej klarownych miesiącach, kiedy albo jest ciepło na dworzu, albo można
rozkręcić kaloryfery odradzam jej kupno. Farelka nagrzewała łazienkę zbyt
mocno, a potem i tak trzeba było przejść do  pomieszczeń o normalniej
temperaturze. Można niby nagrzać też sypialnię dziecka, ale z kolei za ciepło
maluch też nie powinien mieć w trakcie snu. Wszystko to okazało się upierdliwe
z farelki szybko zrezygnowaliśmy, a mała wcale nie protestowała, że
jest jej za zimno
. Nie dogrzewaliśmy jej i lekarz twierdzi nawet, że dzięki
temu jest teraz odporniejsza. Teraz nasza farelka to tylko zbędne
zawalisko…
Jedyne przyrządy, które tak naprawdę mi się przydały, to termometr
elektryczny i podgrzewacz do butelek. Ale i bez nich matka karmiąca cyckiem
sobie poradzi. Więc ładowanie ich od razu do wyprawki jest bez sensu.

3. …z potrzeby absolutnej kontroli

Kolejna rzecz to monitornig oddechu. Strach o zdrowie i
życie mojego dziecka myślał tutaj za mnie. 
A przecież taki gadżet
należy kupić maluchowi tylko w wyjątkowych sytuacjach i lekarz z pewnością o
tym wspomni, jeśli zajdzie taka potrzeba. W innych wypadkach to tylko napędza
falę strachu. Kupiłam taki przenośny monitoring, który zawsze jest przy dziecku,
żeby bezustannie kontrolować sytuację. Zamiast pomyśleć racjonalnie o
zlikwidowaniu realnych zagrożeń dla malca, takich, jak bambetle w łóżku,
kupiłam monitoring za kilka stów, który dawał mylne sygnały (kilkakrotnie mała
stękała sobie i kwiliła, a w między czasie zaczynał wyć, bo coś tam nie
stykało). Jedyny z niego pożytek był taki, ze mega szybko wykurowałam się po
cesarskim cięciu.
 W kilka dni po porodzie, kiedy jeszcze ledwo
zsuwałam się z łóżka, alarm zawył w nocy, ja zerwałam się na równe nogi
na mięśniach brzucha
 i w ciągu nanosekundy stanęłam przy łóżeczku.
Małej nic nie było, tylko monitornig nie stykał się z ciałkiem, bo pieluszka
była za słabo zaczepiona… Przestaliśmy z niego korzystać po dwóch
tygodniach. Udało się go sprzedać innej rozhisteryzowanej matce…

4. Żeby wszystko było, jak z  bajki…

Która matka
nie chce, żeby wszystko, co otacza maluszka było takie słodkie, śliczne i jak z
bajki? No zwłaszcza w dzisiejszych czasach, kiedy takie rzeczy są łatwo
dostępne i często można je kupić w przystępnych cenach… I ja nabyłam
ochraniacz do łóżeczka na szczebelki w zestawie z podusią i uroczą kołderką, do
tego kilka misiów uroczusich… Wyglądało to pięknie. Ale już na
początku, na ziemię sprowadziła mnie położna, która
powiedziała „To zakłada pani dziecku monitoring oddechu, a wkłada
jednocześnie te niepotrzebne rzeczy do łóżeczka przez które może się
przydusić.” 
Na samym początku pomyślałam sobie „Ach
ty wredna, głupia babo.” 
Ale już po godzinie od jej wyjścia
zrozumiałam, że ma rację. Wyjęłam niepotrzebne ozdoby i okazało się, że
rzeczywiście jest lepiej. Czułam się bezpieczniej widząc moje dziecko chociażby
w nocy, a ochraniacz na szczebelki to uniemożliwiał. A te bambetle tylko mi ją
zasłaniały. Do dziś poduszki nie używamy, a i zamiast kołderki dla
bezpieczeństwa mamy śpiworek. Warto czasami posłuchać kogoś z
doświadczeniem.
5. Oszczędność nie na tym, co potrzeba…
Wiedziałam, że dzieci uwielbiają muzyczkę i karuzelki przy łóżeczkach, więc
kupiłam ją i ja. Ale tańszą, małą, turystyczną. Trzeba było ją ciągle
przekładać bo nie docierała do połowy łóżeczka i Blanka stale patrzyła w jedną
stronę, a ja ze strachu przed nierównym kształtem głowy przekładałam karuzelkę
jak głupia z prawej strony łóżeczka na lewą. Poza tym miała ona tylko jeden
rodzaj muzyczki – usypiający. A moje dziecko lubiło różne dźwięki. W rezultacie
kupiliśmy dużą karuzelę z radyjkiem. Wydatek podwójny i kolejny grat do
przetrzymywania. Niektóre dzieci z kolei w ogóle nie lubią takich
dźwięków. Zamiast od razu kupować drogi sprzęt, można puścić maluchowi
coś z internetu i poznać jego reakcję
. Dopiero potem lecieć do sklepu.
Co jeszcze? Chciałam przyoszczędzić na tych papuzich ciuszkach mojego dziecka,
więc zamiast kupować jakieś śpioszki i dresiki „na wyjście”, nabyłam
jej dwie bluzy z kapturem zapinane na suwak. Zły pomysł. Trudno się je
zakładało, miałam wrażenie, że małej nie było w nich wygodnie, a i tak
wyglądała jak w piżamie tylko z narzuconą kapotą… Po czasie i tak kupiłam
welurowe śpioszki i dresowe spodenki z bluzkami, które wyglądały estetycznie,
ale były też wygodne. I znowu dodatkowe wydatki…
Przyoszczędziłam też na poduszce do karmienia. Wydawała mi się
zbędna, bo przecież w domu jest tyle poduszek. Jak Blanka była
maleńka zwykłe ozdobne poduszki się sprawdzały, choć berbeć utytłał mi wszystko
tym mlekiem. Ale im bardziej rosła, tym te cienkie podusie były mniej wygodne.
A teraz, jak waży już prawie 10 kg to już w ogóle tej dużej poduchy do
karmienia mi brak, ale teraz to już nie ma sensu jej kupować… Za to
bajcepsy lepiej sobie wyrobiłam…
 😉
Każda z nas jest inna.
Każda oczekuje czego innego od pierwszych miesięcy życia z dzieckiem. Trudno
jest skomponować wyprawkę idealną, ale same widzicie, jak wiele błędów można
popełnić. Warto rozpatrzeć swój temperament, styl życia rodziny, sporo poczytać
o tych wszystkich akcesoriach dla maluchów. Żeby nie kupować niepotrzebnych
rzeczy, ale też nie męczyć się brakiem tych, które by się przydały.
Pozdrawiam ciepło
wszystkie przyszłe mamusie! :)

 



O autorze -



  • Skąd ja znam gadżeciarstwo! :) Mój narzeczony do tej pory się śmieje, że jestem mama gadżeciara 😉
    Mi akurat poduszka do karmienia bardzo się przydała 😉

    • No właśnie, jeśli uda mi się mieć drugie dziecko, to już nabędą takową bez zastanawiania. :)

  • Hej Natalia! U mnie z gadżetami jest zupełnie odwrotnie – te podstawowe sprzęty mam, ale na zabawki typu karuzela przyjdzie czas w bliżej nieokreślonej przyszłości, zresztą co do melodyjek to podobno najlepszy jest szum (nie znam się, tak się tylko wymądrzam ;))

    • Witam! :) Powiem Ci, że szum się sprawdza. Ale moją Blankę np. kultowa suszarka wkurzała, odkurzacz tak samo. Za to w karuzelce mieliśmy dżwięki z szumem morza i biciem serca i to było meeega! Lulało ją i uspokajało jak nic innego. Plus kocyk, który zanim trafił do niej, najpierw "spał" jedną noc ze mną, żeby pachniał matką. 😀 Powodzenia, bo to już chyba niedługo…? 😉

Wszystkie zdjęcia i treści na blogu są moją własnością. Nie wyrażam zgody na ich kopiowanie bez mojej wiedzy. Copyright © 2017 Chichotkitrzpiotki.pl