noworodek jak wygląda

Ona, on, dziecko i świat do góry nogami…

 

…czyli jak przetrwać pierwsze miesiące życia dziecka i dalej być kochającą się parą.

Kiedy dwoje, kochających się ludzi doświadcza cudu pojawienia się na świecie ich wspólnego dziecka, świat staje na głowie. Mało powiedziane,.. Staje na głowie, kręci się z prędkością światła i podskakuje. Zawsze, Nie ważne, czy planowane, czy nie, dziecko zmienia wszystko. I choć dziś, w dobie szeroko rozwiniętej antykoncepcji, większość dzieci rodzi się z potrzeby serca, a nawet jest miesiącami wyczekiwana, to i tak dziecko spada na rodziców jak grom z jasnego nieba. Z całą tą miłością, cudem narodzin, szczęściem nie do opisania, pojawia się  ogromny, a może nawet największy sprawdzian dla pary… Zwłaszcza, jeśli to pierwsze dziecko.

Skoro więc w dzisiejszych czasach, zazwyczaj mamy dziecko, bo już bardzo go pragniemy, czemu wprowadza ono tyle chaosu do naszego świata? Ano, bo w związku, przynajmniej na początku, zmienia się wszystko. I to nie koniecznie na lepsze. Mówi się, że dziecko scala. Owszem. Ale droga do tego jest długa, kręta i pod górę… Wcześniej, zanim pojawia się dziecko, większość par uważa, że tylko tego potrzebuje do pełni szczęścia. Żyjemy ze sobą w związkach szczęśliwych, pełnych miłości, namiętności, zaangażowania. Jest nam dobrze, wszystko mamy już poukładane, dotarliśmy się. Może być tylko lepiej. Będzie dzidzia. Taka nasza, pół na pół. Później rodzinna sielanka, trochę kłótni – owszem, ale też wspólne szczęśliwe wakacje, gwarne święta, wesołe wieczory z grami i zabawami. No tak, tak będzie. O ile się wcześniej nie rozwiedziemy. I my, i wy, i oni!

 

Kryzys w związku po narodzinach dziecka – to normalne!

 

Skoro już przyznaliśmy sobie, że dziecko wywija świat do góry nogami, ale jest też cudem na który czekamy z utęsknieniem, to może zastanówmy się, dlaczego tak jest…

Kiedy leżałam w szpitalu na patologii ciąży na początku 9 miesiąca, mocno poruszyła mnie rozmowa z jedną z kobietek, która trafiła do szpitala tylko na dobę, do wywołania porodu. Ładna, miła, młoda. Bardzo dobrze i długo nam się gadało. Miała już rodzić drugie dziecko. Opowiadała o pierwszym porodzie i połogu, a w sumie nawet o pierwszym roku życia swojego synka. Mówiła, że ledwo co nie zagryzła swojego męża, że tak bardzo ją denerwował, że starała się zrobić wszystko, żeby nie stać się w jego oczach wrednym potworem pełnym jadu, ale nie umiała wprost przestać. On też się podobno starał, ale im bardziej to robił, tym było gorzej. Tak bardzo ją irytował, cokolwiek by nie zrobił, było źle. Te wszystkie opisy były trochę pół żartem pół serio. Ale i tak pomyślałam sobie w pewnym momencie – „co za podła baba, tak krzywdzić ukochanego… biedny chłopina!”. Przewrotny los… Już za kilka dni, bo córcia trochę się pospieszyła na świat, miałam się przekonać, jak mocno ta historia będzie mi bliska.

My kobiety, mamy prawo (oj tak, tak, mówi się wciąż o tej walce o prawa kobiet, ale sporo sobie już wywalczyłyśmy) do bejbi blusa, ba! nawet do depresji poporodowej. Bo hormony, bo nowa sytuacja, bo delikatna dusza, która sobie nie radzi. To my jesteśmy gloryfikowane przy okazji narodzin. Z drugiej, tej gorszej strony, ale też działającej na nasz plus w rankingu na lepszego rodzica, to my rodziłyśmy w bólach… To my znosiłyśmy trudy połogu… To z nami dziecko jest scalone przez 9 miesięcy, my nosimy je pod sercem, my czujemy urocze kopniaczki. Mamy zarazem gorzej niż ojcowie, jak i lepiej niż oni.

Faceci nie noszą ciążowego brzucha i nie znoszą trudów porodu! Nie wiedzą w co ręce włożyć  jeśli chodzi o opiekę nad maluchem, wolno przewijają, źle trzymają przy usypianiu, jak ich wysłać po zakupy, to zawsze czegoś zapomną. Jest tak, dziewczyny? Jestem pewna, że każda z nas tak myślała choć raz o swoim facecie, po pojawieniu się dziecka. A co druga, nie omieszkała o tym wspomnieć na głos, tak by dobrze to sobie zapamiętał.

My mamy hormony poporodowe. A oni? Czym oni się wytłumaczą z ta nieporadnością, z tą odmianą… Kiedyś byli tacy męscy, silni… A teraz jak dzieci we mgle. Histeryzują, nie myślą logicznie… Ano moje panie, podobno zaangażowany emocjonalnie „samiec”, też ma hormony poporodowe, żeby nie zamęczyć seksualnie „samicy” i zdobyć delikatność do początkowej opieki nad swoim „stadem”. Oni dostają zastrzyk damskich hormonów i babieją, a my mamy takiego „powera” danego nam przez matkę naturę, żeby góry przenosić. I jak tu nie zwariować przy takiej zamianie ról?

Jak o tym przeczytałam, nie wiedziałam czy śmiać się czy płakać. Wszystko stało się jasne. To pewnie dlatego mój mąż zarejestrował nasze dziecko z wypisanym nazwiskiem „rodowym” matki identycznym do nazwiska po mężu… Pewnie dlatego butelka którą szykował dla córci pośmiardywała, bo z rozpędu wycierał ją starą kuchenną ścierą… I tak dalej… A ja z biedakiem chciałam się rozwodzić kilka razy dziennie przez pierwsze trzy miesiące życia naszego dziecka. O ja niewyrozumiała baba!

A tak już bardziej serio. Faceci też nie mają lekko po narodzinach dziecka. Kiedyś byli tymi jedynymi. Teraz jest maleństwo. Tylko to my, a nie oni jesteśmy na początku niezbędne dziecku. Przez zapach, który czuło od poczęcia, przez rytm bicia serca, czy całkiem prozaiczne karmienie piersią… Kiedyś, w końcowym etapie ciąży, spotkaliśmy w windzie sąsiada, który śmiało skomentował do mojego męża – „Nie będzie lekko, na początku takie dziecko tylko śpi, je i sra. Ale później, po jakiś dwóch latach, nie ma nic lepszego od bycia ojcem.” Zaśmiałam się i popatrzyłam na niego trochę jak na dziwoląga… Ale w sumie miał facet rację. My kobiety musimy te trudne pierwsze miesiące przetrwać… Ale ojcowie dzieci są w naszym cieniu, wysłuchują narzekań, wypominań, wykrzykiwań. Czasami nie dają rady, coś robią źle, ale nas muszą zrozumieć, bo taka jest już chyba presja społeczna. Niech tylko spróbują inaczej. Ale i my zrozummy, że oni też czują się jak wystrzeleni w kosmos. Niewielki kryzys w związku, po narodzinach dziecka to coś zupełnie normalnego, ale nie wolno takiej sytuacji przedłużać. Patrzmy na siebie nawzajem przychylnym okiem i pamiętajmy, że z czasem, jak wytrwamy, wszystkie te gorsze chwile będą po prostu zabawne.

I będzie sielanka i chwile jak z obrazka… Tylko niech maluch podrośnie. Ale nie traćmy czujności. Wtedy też znajdzie się powód do kryzysu. Mimo wszystko, tej sielanki życzę i sobie i wam wszystkim!



O autorze -



  • super tekst!

    • Chichotki Trzpiotki

      Dziękuję, miło mi! 😉

Wszystkie zdjęcia i treści na blogu są moją własnością. Nie wyrażam zgody na ich kopiowanie bez mojej wiedzy. Copyright © 2017 Chichotkitrzpiotki.pl